wtorek, 15 sierpnia 2017

O mój rozmarynie


Chwilkę po tym, jak przeczytałam w sierpniowym wydaniu country o restauracji "Łąka" w Smołdzińskim Lesie, zdarzyło się nam 5 wolnych dni i spontanicznie ruszyliśmy w podróż.
Z namiotem.
Do Smołdzińskiego Lasu właśnie.
Więcej opowiem i okraszę zdjęciami w kolejnym wpisie, tymczasem- Łąka





Dwie młode dziewczyny, przerobiony na restaurację kontener, kilka stałych potraw i wakacyjna atmosfera.
Jedliśmy tam obiady codziennie. I niezależnie od tego, co wybieraliśmy, każdego dnia zamawialiśmy też hummus (pyszny) z chlebem z rozmarynem. I ten zestaw to w zasadzie nasz hit!

Po powrocie do domu otworzyłam sierpniowe country, a tam?
Przepis na chleb z rozmarynem!


Upiekłam,a jakże. Hummus również zrobiłam. Opychamy się.






Polecam i Wam. Chleb jest bardzo smaczny i aromatyczny. Nie tylko z hummusem. A oto przepis:

100 g drożdży
2 i 3/4 szklanki wody (dałam letnią)
kilogram mąki
łyżka cukru
ok. 2-3 łyżek oliwy
posiekane listki rozmarynu
sól

Drożdż rozkruszyć, zalać wodą i wymieszać
Do drugiego naczynia przesiać mąkę, dodać sól, rozmaryn i oliwę
Wlej rozpuszczone drożdże
Wyrób na jednolitą masę, przykryj ściereczką i zostaw do wyrośnięcia
Ciasto wylej na blachę i rozciągnij namoczonymi w oliwie rękoma
Wierzch posyp solą i rozmarynem
Piecz 20 minut w temp. 200 stopni.


                                                                       Smacznego!

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Asieńka


Moja przyjaciółka przeprowadziła się właśnie do Gdańska.
 Z mężem i dziećmi mieszkają teraz w pięknej, przedwojennej willi z dużym, przeszklonym tarasem i cudnym ogrodem.
Pierwszego dnia, jako nowa lokatorka, poszła do sąsiadów przywitać się i przedstawić. Takie pierwsze koty za płoty.
Otworzyła jej uśmiechnięta Pani w kwiecie wieku. 90- cioletnia, radosna, z młodzieńczym spojrzeniem i w szlafroczku.
- Przepraszam bardzo za mój strój, ale właśnie przymierzam stroje kąpielowe (!!!).
Pani w kwiecie wieku wybierała się bowiem na plażę.

Czyż nie jest to cudowne? Wspaniałe i niesamowite?

Wyobrażam sobie siebie za 50 lat przymierzającą stroje kąpielowe. Który podkreśla moją gibką sylwetkę, a który nie, w tym kolorze mi do twarzy, a ten odpada, za smutny, jak dla mnie i takie tam...Cóż za perspektywa!
Umówiłyśmy się z przyjaciółką na takie modowe spotkanie za pół wieku.

Inna Pani w kwiecie wieku. Rocznik 1932, a więc przeżytych już 85 wiosen.
Moja Niania.
Nigdy inaczej o niej nie mówiłam. Niania i już.

Opiekowała się mną, kiedy mieszkaliśmy w naszej pegerowskiej wsi.
Już wtedy, ponad 30 lat temu kulała, była otyła i generalnie dosyć schorowana.
Ale serce dla mnie miała ogromne!
 Byłam jej Asieńką. Nawet w domu nikt tak do mnie nie mówił.

- Asieńko, skocz no po Panią Świerszczyńską i po Drożdżową, kawę już robię.
Biegłam po sąsiadki, a potem razem spijałyśmy te kawki. Ja dostawałam swoją w szklance z truskawkami. Była jaśniejsza niż herbata, ale to była najprawdziwsza kawa. Dzisiaj taka Niania miałaby poważne kłopoty, że kawa zamiast ekosoczków czy wody z cytryną.

Te trzy łyki kawy z sąsiadkami były dla mnie lepsze niż zabawa z koleżankami i wszystkie bio produkty razem wzięte. Jaka ja się czułam ważna! Jaka kochana!
Podobno wieczorami, z misiem i poduszką pod pachą, wymykałam się z domu i uciekałam do klatki obok, na nocowanie do Niani. Wiedziałam, że jak już się wkulnę pod kołdrę, Niania wyprosi u rodziców spanie u niej. Przytulałam się do Niani i do Morusa, psa Niani i zasypiałam.

Potem, kiedy już chodziłam do szkoły, Niania pracowała w kiosku, który stał naprzeciwko naszego bloku. Po lekcjach przesiadywałam w tym kiosku, sprzedawałam gazety i zapałki, wydawałam pieniądze, układałam monety i zawijałam je w takie śmieszne cukierki i zapisywałam podliczone kwoty. Czasami Niania zostawiała mnie na chwilę samą i biegła wstawić ziemniaki, a ja zakładałam jej okulary i pilnowałam kioskowego bogactwa. Niania mi ufała, wierzyła w moje możliwości, a ja pękałam z dumy, że taka samodzielna i odpowiedzialna jestem.

Kiedy miałam 10 lat wyprowadziliśmy się z pegerowskiej wioski do miasteczka, ale w październiku, na Janiny, jeździłam z kwiatkiem do Niani.

A  potem popłynęłam w dorosłe życie.
Minęło wiele lat i wydarzyło się dużo życiowych wydarzeń.

Podczas ostatniego pobytu u moich rodziców znowu kupiłam kwiatki. Jeszcze raffaello i pojechałam do Niani.

Drzwi otworzył mi Pan Zygmunt, mąż Niani, uspokoił szczekającego Morusa (nasze psy zawsze były czarne i zawsze były Morusy), serdecznie przytulił i nie kryjąc wzruszenia, zaprowadził do pokoju, w którym była Niania.

Moja Niania.
Moja Asieńka!

To samo, ciepłe spojrzenie, choć oczy bardzo słabo widzące, wciąż młody głos, uśmiech na twarzy i łzy.

Piękna dusza, serdeczność, miłość i bystry umysł w bardzo schorowanym ciele.
Wychowała 5 dzieci, o których niezmiennie mówi: Grzesiu, Marylka, Bożenka...
Wszyscy są już dziadkami, babciami. Wnucząt 13. Niania wymienia kolejno bez mrugnięcia okiem. Dopiero przy prawnukach się pogubiła.
- Paźniowski- krzyczy do męża - ile my mamy prawnuków, bo coś nie mogę się doliczyć!

Ja nie mogę zliczyć zdjęć w ramkach. Śluby, chrzty, komunie, dla kochanej babci...

W czasie mojej wizyty zadzwoniła córka. Bo dzieci dzwonią codziennie. Tylko Grzesiu nie dzwoni, bo on na miejscu jest, to wieczorem wpada zobaczyć, co u nas.

- Bożenka, córciu, no nie uwierzysz, kto mnie dzisiaj odwiedził- ledwo powstrzymując radosny śmiech mówi do słuchawki Niania
- Nie, nie, nie, nie. No mówiłam, że nie zgadniesz! MOJA ASIEŃKA!

I wszyscy wiedzą, że ta Asieńka, to ja.

Moje serce przepełnia radość i wzruszenie. Tak wspaniale być dla kogoś Asieńką.  Mam 40 lat, a dla Niani wciąż jestem Asieńką.

Tyle ciepła, dobra i miłości dostałam od tej kobiety.
Na koniec wizyty dostałam siatkę pomidorów z ogrodu,  (Paźniowski, zerwij no kochany pomidorów dla Asieńki) i z bijącym szybciej sercem odjechałam.

To było piękne spotkanie.

Dwie kobiety, dwie różne starości. Stroje kąpielowe i zdjęcia prawnuków w ramkach oglądane z perspektywy fotela i łóżka. Obie szczęśliwe i spełnione, choć pewnie czasami trudne.

Patrzę na moich rodziców. Wciąż sprawni, młodzi, aktywni, wciąż w ruchu i energii płynącej z radości życia. Dziękuję za nich. Dziękuję za Nianię. Dziękuję za to, że mogłam doświadczać siebie, jako kochanej Asieńki.

Mam 40 lat. Mam na imię Joanna.
Ale kiedy spotykam Nianię, kiedy odwiedzam moich rodziców, kiedy spaceruję po ich ogrodzie, wciąż jestem Asią, Asieńką, Asiunią. I dobrze mi z tym.

                                                      Tak, tutaj jestem Asieńką!






                                                                   Asieńka

czwartek, 3 sierpnia 2017

Urocze życie






Przeglądamy kolorowe magazyny pełne pięknych wnętrz i pięknych ludzi w tych wnętrzach. Bogaci, dobrze ubrani, uśmiechają się białymi uśmiechami i pokazują swoje marmurowe kuchnie zrobione na wymiar, ogrody szyte na miarę, salony pełne pamiątek z egzotycznych podróży.
Piękne, urocze życie.
Dostatnie. Obfite. Spełnione.

Podglądamy innych w ich super samochodach, z których wyskakują odziane w mundurki dzieciaki, uczniowie prywatnych szkół, w których czesne to prawie średnia krajowa, czy miesięczna pensja przeciętnego Kowalskiego.

Bogacze. Wiodą niezwykłe, interesujące, urocze życie, myślimy.
I tracimy w ten sposób mnóstwo naszej życiowej energii.

Ponieważ, pomijając oczywiście patologię i skrajności, właściwie wszystkie mamy urocze życie. Nie zawsze o tym pamiętamy, szczególnie, kiedy oglądamy życie innych kobiet. Gazety, blogi, instagram, facebook, wszędzie widzimy tylko urocze życia uroczych kobiet.

Zapominamy, albo nie wiemy, że za tymi uśmiechami kryją się czasami wielkie dramaty.

Oto piękna kobieta jest bita przez swojego męża, aktora filmowego, kobieta, której dziecko zostało potrącone przez pijanego kierowcę i nie odzyskuje przytomności, kobieta, która nie mogła mieć dziecka, a gdy wreszcie zaszła w ciążę, wykryto u niej śmiertelną chorobę, bardzo znana kobieta, której równie znany mąż zdradza ją nagminnie i upokarza, kobieta, której bogaty mąż zostaje skazany na więzienie za malwersacje finansowe- przypomina nam o nich w swojej książce Sarah Breathnach.
Czytam i wiem.

Pomimo tego, że czasem coś idzie źle.
Czasami nie jest tak, jakbyśmy sobie tego życzyły.
Czasami mamy dość, bo hipoteka, kredyt we frankach, chora teściowa wymaga opieki i zamieszkuje z wami, córka lub syn wymaga szczególnej uwagi, ponieważ kolorowo i buntowniczo dojrzewa, ponieważ...

Każda z nas ma swoje ponieważ.
W życiu każdej z nas zdarzają się trudne okresy. Które prędzej, czy później mijają. Przychodzą dobre dni.
Doceńmy to, co mamy. Związki, dzieci, domy, zmywarki, samochody, siatki pełne dobrego jedzenia niesione przez nasze zdrowe ręce dla naszych zdrowych najbliższych. Mamy tak wiele.

Stawiam wazon z kwiatami na stole. Myję brzoskwinie i śliwki, wrzucam do turkusowej miski i podaję córkom. Gotuję dobry obiad, wieszam pachnące pranie, robię przemeblowanie w salonie i cieszę się moim uroczym życiem. Niedoskonałym.

Ale uroczym. I moim.

Ten wpis zawiera lokowanie produktu, tak to się mówi?
Jest nim mój salon. Pomalowany i przemeblowany. Powstał bez współpracy z jakąkolwiek firmą.

Spędzamy w nim urocze poranki, popołudnia i wieczory.





Stół i krzesła to nowy nabytek. Kupiliśmy je na starociach, w sklepie na Pomorzu. Czekają na pomalowanie i nową tapicerkę, ale postanowiłam nie czekać z pokazaniem Wam ich na blogu. Nie wiem, kiedy przyjdzie na nie czas i natchnienie.



Kiedyś w miejscu kredensu stała sofa. Teraz znalazła miejsce po przeciwnej stronie salonu.


Sofa i Mania w wakacyjnym, lekko rozmemłanym wydaniu. Mamy wszakże upragnione upały.




Komoda z TV została na swoim miejscu. Wielki telewizor, którego nie znoszę już niedługo wybędzie, ponieważ rezygnujemy ze wszystkich programów. Telewizji nie oglądamy w ogóle. We wrześniu kończy się umowa i zdecydujemy się chyba na Netflix. Macie? Polecacie?



                                                                Pozdrawiam z mojego nowego salonu!
                                                                              Do napisania!

piątek, 14 lipca 2017

Miłość w Paryżu. I pyszna tarta jabłkowa.


W lipcu, dokładnie 20 lat temu pojechałyśmy z moją siostrą do Paryża. We dwie. Zobaczyć to miasto miłości, pooddychać trochę powietrzem z wielkiego świata i nabrać nieco europejskiego powietrza w płuca oraz otworzyć się na nowe.

Bardzo się na to nowe otworzyłyśmy, szczególnie moja siostra.
Pierwszego dnia, dosłownie w pierwszych godzinach naszego tam pobytu, pod wieżą Eiffla (a jakże!) spotkałyśmy dwóch sympatycznych Francuzów. Jeden z nich zapytał po prostu, czy zrobić nam wspólne z siostrą zdjęcie. Wziął mój aparat, pstryknął zdjęcie, a potem to już poszło.

Szwendaliśmy się razem po Paryżu do rana. Świetni towarzysze nam się trafili. Ja podobałam się Didierowi, moja siostra Jeromowi, który chyba dosyć szybko poczuł, że moja siostra to kobieta jego życia.

Po Paryżu była jeszcze Normandia, potem znowu Paryż, już bez Didiera, który wrócił do siebie, gdzieś na wschodnią część Francji bodajże.

A potem ja wróciłam do Poznania, gdzie czekały studia, no i byłam, że tak powiem, uczuciowo zaangażowana (nie był to jeszcze wtedy mój mąż), a moja siostra wróciła do Niemiec, bo tam wtedy mieszkała i pracowała jako Au- Pair u rodziny, u której wcześniej byłam ja. Taka układanka.

Z Didierem wymieniliśmy kilka krótkich listów, czy kartek z pozdrowieniami, a znajomość mojej siostry i Jeroma przerodziła się w bardzo szczęśliwe i udane małżeństwo. Ich ślub odbył się rok później. Cywilny we Francji, kościelny w Polsce. Dwa razy byliśmy z Didierem świadkami.

Owoce tego romantycznego spotkania to Eurydice i Callisto, dwie świetne córki Moniki i Jeroma.
Taka historia!
Jak z Harlekina.

Przez te lata wiele razy byłam we Francji. Najpierw sama, potem z rodziną. W różnych kombinacjach. Siostra z rodziną, także jej teściowie, przyjeżdżają do Polski. Teściowie lubią się z moimi rodzicami, zapraszają się wzajemnie. My również bywamy u nich, w Prowansji. Taką kolorową tworzymy rodzinę!

 Lubię Francję. Cieszę się zawsze, kiedy tam jestem.
Uwielbiam tamtejszą kuchnię, a moja siostra gotuje po prostu wybornie.

Trochę podpatruję jej kulinarne wyczyny i lubię ugotować w domu coś według jej przepisu. Dzielę się z Wami przepisami. Dzisiaj tarta jabłkowa. Pyszna! Tę na zdjęciach upiekła moja siostra.

                               




                                                                            Przepis

Ciasto francuskie, lub ciasto kruche
Farsz:
1 szklanka mielonych migdałów
1 jajko
2-3 łyżki cukru
3-4 łyżki roztopionego i ostudzonego masła
cukier waniliowy
jabłka pokrojone w cienkie plasterki

Jajko z cukrem wymieszać na kogel- mogel. Dodać do tego migdały, masło i cukier waniliowy. Masę wylać na ciasto. Na wierzch ułożyć jabłka i posypać cukrem waniliowym lub brązowym
                             Piec ok. 40 min w 180 stopniach.
                                       I już!



                                                             Do napisania!

wtorek, 20 czerwca 2017

Rodzinne strony






W tym roku mija 21 lat, odkąd mieszkam w Poznaniu. I dzisiaj mogę śmiało powiedzieć, że jest to moje miasto. Miasto, które znam, które otworzyło przede mną szeroko swoje wrota, oferując cały wachlarz różnorodnych możliwości. W Poznaniu rozwinęłam skrzydła, skończyłam studia, spotkałam najbliższych mi przyjaciół, poznałam męża, założyłam rodzinę, znalazłam dom. Utkałam przebogatą pajęczynę znajomych, bliskich i bardzo bliskich mi ludzi, oswojonych miejsc, wydeptałam i wyjeździłam poznańskie drogi i chodniki. Jestem tutejsza.
Zwykle, dokądkolwiek pójdę, spotykam kogoś znajomego. Poznań skurczył się dla mnie jakoś przez te lata i z metropolii, którą wydawał mi się kiedyś, z perspektywy mojego rodzinnego, zaledwie 7- miotysięcznego miasteczka na Pomorzu, stał się zwyczajnym grajdołkiem.
Lubię Poznań.
Ale męczy mnie to miasto z roku na rok coraz bardziej.
Im jestem starsza, tym mocniej i dotkliwiej tęsknię za życiem spokojnym. W ciszy i bez pośpiechu.
Proste życie.
Proste, zdrowe jedzenie.
Proste poniedziałki, wtorki i soboty.

Urodziłam się na Pomorzu. W Człuchowie dokładnie. Przez pierwszych kilka lat mojego życia mieszkaliśmy w małej wiosce. Małej, ale prężnie działającej. Była szkoła, ośrodek zdrowia, poczta i stołówka dla pracowników PGR- u. Bo była to wioska pegerowska. Mój tata był kierownikiem PGR-u a mama główną księgową. Po szkole i po pracy szliśmy do stołówki i krzyczeliśmy w dół stołówkowej windy:  mielone z buraczkami, albo leniwe z cukrem i śmietaną. Kuchnia przyjmowała, kuchnia wydawała. Proste.

Kiedy miałam 10 lat przeprowadziliśmy się do pobliskiego miasteczka, w którym wybudowaliśmy dom. Budowaliśmy go wszyscy. Rodzice, dziadkowie, wujkowie, znajomi, my, dzieciaki. Pamiętam, jak podlewałam pustaki, żeby nie wyschły, albo jak przez połowę wakacji szlifowałam deski na boazerię. Tata został w tym miasteczku ważną postacią. Był dyrektorem spółdzielni mieszkaniowej. Budował nowe bloki i zarządzał tymi, w których mieszkała większość moich koleżanek.
A kiedy zamykał za sobą dyrektorskie drzwi i wracał do domu, zabierał się do pracy.
Zawsze mieliśmy ziemię. Pole, a na nim ziemniaki, buraki, zboże, różnie. Zawsze też mieliśmy zwierzęta. Kury, przez krótki czas świnie (pomagałam nawet kiedyś oprosić się maciorze), nutrie.

Moi rodzice byli bardzo pracowici i gospodarni. U nas zawsze było coś do zrobienia. Żniwa, wykopki, noszenie drewna i węgla, plewienie, podlewanie. Kiedy byłam w wieku moich starszych córek, jeździłam po polu traktorem i zbierałam snopki siana.

Po pracy szliśmy do szkoły, tata znowu był dyrektorem, a mama księgową.

Rodzice kupili kiedyś 50 małych kurczaczków. Trochę dla nas, trochę dla babci i dziadka. Zamieszkały na pierwsze trzy tygodnie w naszej piwnicy, żeby się odchowały trochę. Kurczaki podrosły, wszyscy się cieszyli na jajka i rosoły.
Pewnego chłodnego dnia zamknęłam w piwnicy obok naszego psa. Mały był i niegroźny, kundelek taki. Nie chciałam, żeby zmarzł. Wszystkie możliwe drzwi pozamykałam i poszłam do szkoły.
Kundelek poradził sobie ze wszystkimi skobelkami i urządził sobie niezłą imprezkę. Zagryzł wszystkie kurczaki. Nasze i dziadków.

Tata wrócił z pracy, wręczył mi wielki wór i kazał wynosić kurczaki partiami do lasu. Dla lisów. Nosiłam ten wór całe popołudnie do lasu i z powrotem, a moje koleżanki siedziały na ławkach i lizały lizaki.

9 lat temu moi rodzice sprzedali nasz dom w małym miasteczku.
Wybudowali mniejszy we wsi oddalonej od miasteczka o 3 kilometry.






Mają piękny, duży ogród, staw pełen ryb tuż za bramą wejściową, łąki, pola i lasy za płotem. Wciąż pracują i ciągle coś robią, mimo, że są już na zasłużonych rentach i emeryturach.

Moja mama ma więcej energii niż ja. Warzyw i owoców do obróbki tyle, że słoiki zapraw na zimę można liczyć w setkach. Moi rodzice to ludzie pracy.

Kiedyś wściekałam się na te wszystkie żniwa i wykopki. Potem wstydziłam się mojego wiejskiego i rolniczego pochodzenia. Wyszłam za lekarza. Mój teść lekarz, teściowa też lekarz. A ja córka rolników.
 Dzisiaj wiem, że moje dzieciństwo i moja rodzina to mój ogromny zasób i bogactwo. Jestem wdzięczna moim rodzicom za miłość, bezpieczeństwo i przykład. Uczciwi, pracowici, silni, kochający, wrażliwi. Rodzina jako centrum wszechświata. Dzięki nim wiem, co w życiu jest najważniejsze.

Uwielbiam wieś. Szczególnie tę, w której stoi dom moich rodziców. Zawsze dla mnie i mojej rodziny szeroko otwarty. Obfity. W jedzenie, miłość, rozmowę, czas, wsparcie, bezpieczeństwo.
Dziękuję.

                                                        Do napisania Kochani.

środa, 31 maja 2017

Tirare mi su


Porządne stanowisko w korporacji, porządna garsonka, porządna kwota na koncie każdego miesiąca i porządne zazdrość oraz podziw innych.
Poza tym dwoje malutkich dzieci w domu, wrażliwa dusza płacząca do wolności, pragnienie szczęścia, harmonii, pracy w zgodzie ze sobą, poczucie ogromnego bogactwa życia, które jest...gdzieś poza tą wymarzoną posadą.

Aż któregoś dnia w ogromnym oknie biurowca pojawia się Anioł- chłopak, który z uśmiechem na twarzy, z słuchawkami w uszach, radośnie machając nogami mył okna. Zawieszony gdzieś w powietrzu. Na linach. Szczęśliwy.

Zrozumiała. Poczuła. Zatęskniła. Oszalała?

Zrezygnowała z korporacji. Zaczęła szukać innej drogi. Dziś po niej kroczy. Z przytupem i entuzjazmem. Szczęśliwa, spełniona, cała w swojej PEŁNI.

Beata. Moja przyjaciółka. Nasza piękna TIRAMISU.

Tirare mi su- czyli "ciągnie mnie do góry"
Nic dodać, nic ująć. Motywuje, inspiruje, zaraża optymizmem i wiarą w piękno świata i życia. Tworzy, buduje, wytańcza najpiękniejsze. Pisze książki.

Ogólnopolska kampania społeczna "Praca? Lubię to", czy podobny projekt "Pracuję bo lubię" to jej sprawka. Warsztaty "Bogactwo życia" również.
Jej życie to również trudne chwile, jak choroba synka i walka o jego życie. To również odważne decyzje i nieustanne wychodzenie poza własną strefę komfortu.
Tirare mi su- Jestem wdzięczna za jej przyjaźń i obecność w moim życiu.






Warsztat "Bogactwo życia"- i ja tam byłam, miód piłam i zdjęcia robiłam. Pięknie było.
Beata Kiewisz- znajdziecie ją na FB. W czerwcowym numerze "Zwierciadła" jest też krótki wywiad z nią. Polecam z całego serca. I warsztaty, i wywiad. Beata to cudna kobieta!

                                                           Do napisania!

czwartek, 18 maja 2017

Ze smakiem






Dwa ziemniaki w łupinkach, plaster tyrolskiej, wędzonej szynki speck, oraz dużo szparagów z solą i masłem- to moje pierwsze spotkania ze szparagami. Ponad 20 lat temu, w Niemczech. Rodzina, u której gościłam przez rok jako Au- Pair uwielbiała szparagi, szczególnie w takim wydaniu. Spróbowałam i przepadłam.
W sezonie mogę jeść szparagi codziennie! Niekoniecznie ze speckiem, zjem (prawie) każdą ilość i w każdym wydaniu.

Dawno temu, kiedy Cela i Gabi były małe, a Mani nie było jeszcze nawet w planach, mój mąż zabrał nasze córki na trzy dni do domu w lesie. Zostałam w domu sama. Taki prezent na moje majowe imieniny. Codziennie kupowałam 3 (albo i więcej) pęczki szparagów i jadłam je na okrągło. Nie mogłam się najeść po prostu, a największą radość miałam z tego, że mogę je zjeść w całości. Nasze dziewczyny jadały wówczas tylko same łebki szparagowe, więc rozumiecie, ja matka oddawałam dzieciom najlepsze, sama jadłam głównie obgryzioną resztę.
Te trzy dni to była prawdziwa rozkosz. Również kulinarna.

Znam dziewczyny, które dla samych siebie nie gotują. Bo się nie opłaca. Dla jednej osoby? Bez sensu! Dla innych, dla rodziny, dla dzieci tak. Trzeba przecież, ale dla samej siebie?

Ja gotuję.
 Przygotowuję dla SIEBIE dobre drugie śniadanie, kiedy jestem sama w domu. Nie czekam na kogoś jeszcze, żeby gotowanie miało sens.Oczywiście nie zawsze mam taką możliwość, ale uważam, że gotowanie dla SIEBIE jest wspaniałe. Lubię zdrowe, smaczne jedzenie, lubię SIEBIE i o siebie dbam. Również w kwestii jedzenia.
A jaką mam radochę, kiedy w ciszy siadam z talerzem pełnym pyszności przy stole i wiem, że nikt mi nie przeszkodzi w tej uczcie. No chyba, że listonosz na przykład.

Ucztuję, a w maju szparagi bardzo często grają podczas tej uczty pierwsze skrzypce.


Potrawa powyżej to absolutnie przepyszna tarta z przepisu Agnieszki Maciąg. Bardzo polecam. Sycąca, smaczna i kolorowa. Na obiad, drugie śniadanie, albo na kolację. Ciasto z przepisu wyszło mi trochę zbyt kruche i ciut je przypiekłam, ale i tak smakowała wybornie.

Dla chętnych, a nie posiadających książki A. Maciąg, przepis.

Kruche ciasto:

200 g mąki
100 g masła
3 łyżki zimnej wody
1/2 łyżeczki soli

Z tych składników zagnieść ciasto, uformować kulę i włożyć do lodówki na ok. 30 min.
Po tym czasie ciasto upiec w formie do tart, w piekarniku nagrzanym do 180- 200 stopni, do momentu zrumienienia.

Nadzienie:

2 pory
Łyżka masła
zielone szparagi (pęczek), obrane i lekko podgotowane
czosnek (w przepisie są 3 główki, ja dałam 1)
oliwa
ocet balsamiczny
220 ml wody
łyżka cukru trzcinowego
rozmaryn (świeży lub suszony)
250 g żółtego sera
4 jajka
300 ml śmietany (ja dałam śmietanę owsianą)
 sól, pieprz

Wykonanie:

1. Pokrojone pory podsmażyć na łyżce masła. Odstawić
2. Karmelizowany czosnek:
obrane ząbki czosnku wrzucić do rondelka, zalać wrzącą wodą, gotować ok. 2-3 minuty, następnie odcedzić i wysuszyć. W tym samym rondlu rozgrzać oliwę, wrzucić czosnek i podsmażyć. Następnie wlać ocet balsamiczny i wrzącą wodę. Gotować na małym ogniu 10 min.
Wsypać cukier, zioła i sól. Podgotować do momentu, aż czosnek pokryje się karmelowym syropem.
3. Na podpieczone ciasto wyłożyć pory, następnie czosnek i szparagi.
4. W misce wymieszać jajka, śmietanę, sól i pieprz. Zalać tą mieszanką warzywa.
5. Wierzch posypać żółtym serem
6 Piec w temp. 160 stopni przez ok. 40- 50 minut.




                                                      Do napisania Kochani!