sobota, 22 kwietnia 2017

Kiedy jesteś szczęśliwa?


Jedno spotkanie. Jakieś zdanie wyłowione spośród wielu innych. Słowa, które zapadają głęboko w serce i w pamięć. Takie słowa, które zmuszają do refleksji, zmiany przekonań, do zatrzymania. Budzą potrzeby, pragnienia i marzenia. Uwalniają od napięcia i wspierają swoim pozytywnym przekazem. Spotkania, ludzie, zdania, które budują naszą tożsamość i sprawiają, że nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi, którymi byliśmy 10 minut temu.

Życie. Niesie nas i doświadcza. Uczymy się, zmieniamy, rozwijamy, zadajemy sobie pytania i poszukujemy odpowiedzi. Niestrudzenie.

Dzisiaj zadaj sobie pytanie: kiedy jestem szczęśliwa?

Ponieważ najważniejsze, co mamy do zrobienia w naszym życiu, to być szczęśliwą. To budowanie szczęścia, szukanie go i zanurzanie się w nim. Delektowanie się pięknem i szczęściem właśnie. Zatrzymywanie się przy dobrych wydarzeniach, pięknych spotkaniach, otaczanie się ludźmi, którzy nas kochają, szanują i wspierają. Ludźmi, których energia nas wzmacnia, a nie ciągnie w dół i wysysa naszą radość.
Szczęście to wybór. Czy wybierasz szczęście, czy marudzenie, narzekanie, czekanie, aż pojawią się pieniądze/ partner/ podróż marzeń- dopisz, co uważasz. Uśmiechniesz się do swojego odbicia w lustrze, czy znowu westchniesz z dezaprobatą
Docenisz dobro i obfitość w swoim życiu, czy też nieustannie będziesz wyznaczać nowe warunki, po których spełnieniu nareszcie poczujesz się szczęśliwa?

No więc kiedy jesteś szczęśliwa?
Już wiesz?
Rozgość się zatem i jak najczęściej to uczucie przywołuj.


 Podobno ludzie, którzy nie oglądają telewizji i nie słuchają radia są szczęśliwsi i mniej zestresowani.
Wrażliwi na to, co dzieje się na świecie, owszem, ale chronią swój spokój i koncentrują się na tym, co dobre, wartościowe i mądre.

Te mądrości wzięłam sobie z dzisiejszego spotkania z Renatą Arend- Dziurdzikowską, dziennikarką "Zwierciadła", moją przyjaciółką (tak, mam to szczęście przeogromne być z Renatą w przyjacielskiej, bliskiej relacji).
Rozmowa o szczęściu i wyborach naszych codziennych naładowała mnie taką dawką pozytywnej mocy, że teraz spać nie mogę.

Potrafię cieszyć się duperelami. Doceniam i rozpływam się w szczęśliwości, kiedy piję kawę w łóżku, czytam książkę do południa, chodzę w piżamie całe sobotnie przedpołudnie, kiedy przykrywam się miłą w dotyku, pachnącą pościelą, kiedy leżę w wannie i pachnę, kiedy córki się do mnie przytulają, kiedy odkrywam muzykę, od której mam gęsią skórkę, kiedy biorę do ręki piękna filiżankę. Takie duperele, z których składa się całe nasze życie.

Moje dzisiejsze szczęśliwe kadry. Zwyczajne. Najcudowniejsze. Wszystkie moje córki są tu ukryte. Dwie trzymają tło, jedna bawi się w modelkę. Zwyczajna sobota. Pełnia szczęścia!







No to jak, kiedy czujesz się szczęśliwa, Kochana czytelniczko? Pamiętaj o sobie!
                                                                       Asia

wtorek, 18 kwietnia 2017

I po świętach...






Pisałam już o tym, że mam popsutą zmywarkę?
Bo mam. Najpierw długo czekałam na wysłannika z serwisu, aktualnie już od dwóch tygodni czekam na jakąś pompę czy coś i doczekać się nie mogę. Schodzi mi na tym czekaniu druga butelka płynu do mycia naczyń...
Następnie w czwartek, w przeddzień wyjazdu do moich rodziców na święta zepsuł mi się telefon. Po prostu nie włączył się i już. Wszystkie numery telefonów odpłynęły wraz z nim w wirtualny niebyt. A ja pozostałam bez kontaktu, poza kontaktem i z brakiem kontaktów.
Niefortunnie dość rzuciłam wtedy rozdrażnione nieco "no, co jeszcze?". Wszechświat nigdy nie czeka zbyt długo z odpowiedzią.
 Samochód zapakowany, dziewczyny wygodnie umoszczone i pierwszy postój jeszcze na naszej ulicy. Jakaś plastikowa część z przodu mojej zafiry zgubiła gdzieś śrubkę i zwisało mi w związku z tym takie coś, zahaczało o asfalt i nie wróżyło beztroskiej podróży na Pomorze.
Mąż ratował w tym czasie życie pacjentów, mnie poratował przechodzący AKURAT (uwielbiam te wszystkie akurat i przez przypadek) sąsiad. Trochę to trwało, ale w końcu przykręcił śrubkę i gra gitara.
Coś mnie jeszcze przed podróżą tknęło i zajrzałam w dokumenty, czy wszystkie są. I oczywiście nie było. Moje prawo jazdy zniknęło. Gdybym nie zajrzała, kurcze, jechałabym już z uśmiechem na twarzy krajową 11- stką, a tak? Dziewczyny nadal umoszczone w samochodzie, a ja upocona przetrząsałam chałupę.
Prawo jazdy znalazłam na dnie szuflady, w małej torebusi, którą gdzieś, kiedyś, w jakiejś zamierzchłej przeszłości miałam ze sobą. Jak długo jeździłam bez prawa jazdy, nie wiem zupełnie. Ale pół roku na pewno.
Więcej pytania, "no, co jeszcze?" nie zadawałam.

Do rodziców dojechałyśmy już bez przygód. Słuchałyśmy płyt z muzyką koreańską, albo japońską, nie wiem dokładnie. Płyty podarował mi kiedyś mój francuski szwagier i naprawdę wciągnęła nas ta egzotyka.
A u rodziców, jak u rodziców. Było już tylko lepiej. W sobotę dojechał mój mąż i mój teść. Był też mój brat z narzeczoną i jego córka Lenka, ukochana kuzynka naszej Marysi.
Pyszne jedzenie, kwiecień plecień, bo słońce jednego dnia i śnieg z wiatrem następnego.
Z aktywności fizycznej skakanie przez linę, biegi w lesie (pobiegłam z moją córką jeden jedyny raz), jeden spacer z mężem, pływanie łódką po stawie, wędkowanie z dziadkiem i spacery z kuchni do stołu i z powrotem.






I generalnie, lenistwo...



                                   Las piękny, zielony i pełen świeżego powietrza. Cudo!





Telefon zresetowany, numery na swoim miejscu, my też. Jutro 6.15 zadzwoni budzik i wstanie kolejny wspaniały, kwietniowy dzień. Deszcz, wiatr, śnieg, czy może słońce i śpiewy ptaków? Zobaczymy. Ważne, że kolejny dzień przyniesie ze sobą nowe możliwości.

                                              Do napisania!
                                                  Asia

czwartek, 13 kwietnia 2017

Śniadanie


Tak zatrzymać się w tym miejskim, rodzinnym, pełnym obowiązków pędzie i zjeść spokojne śniadanie w zwyczajny wtorkowy poranek. W niezwyczajnym towarzystwie mądrej i pięknej przyjaciółki pomlaskać, posiorbać, pożalić się, wyśmiać wszystkie śmieszne historie.
Zdarzył mi się taki przegadany wtorkowy poranek.
I cieszę się, że wciąż jeszcze potrafię odłożyć wszystkie inne sprawy i gadać po prostu. O życiu, o pięknie, o miłości.


Zatrzymywać się na rzeczach pięknych i dobrych to dzisiaj wielka sztuka.
Świat i rzeczywistość z każdej strony woła i przypomina o wszystkim, co złe, groźne i sensacyjne. Ludzie jakoś tak lubią sobie opowiadać o wydarzeniach smutnych. Wiecie, choroby, własne i cudze, brak pieniędzy/miłości/fajnej pracy/czasu. Nieustannie się tym karmimy. Nieustannie ciągniemy w dół.
A gdyby tak spodziewać się najlepszego, cieszyć się tym, co jest i patrzeć na to, jak na obfitość, bogactwo i wciąż zadawać światu pytanie: jak może być jeszcze lepiej? Bo na pewno może być.

Od niedawna jestem na Instagramie. Długo jakoś unikałam tego medium, kolejny zjadacz czasu, myślałam.
Teraz przeglądam ulubione profile, sama od czasu do czasu robię zdjęcia, wrzucam do sieci i wiecie co? Podoba mi się. Nawet, jeśli większość zdjęć, moich i innych instagramowiczów jest "ustawiona", pozowana, przygotowana i ułożona. Co z tego, że pokazuje tylko bardzo niewielki fragment rzeczywistości, do tego raczej ten śliczny, słodki, uniuniany pod publikę, pokazujący tylko najlepszą stronę rzeczywistości, czasami wcale nie najlepszej.
Kwiatki, kubeczki, herbatki, kawki, książki, jedzenie...Właśnie tak! Zatrzymujmy się na drobiazgach, na pięknych chwilach, dobrych smakach, przeżyciach, obrazach. Stwarzajmy niezwykłą codzienność poprzez te tulipany, róże, zamknięte w kadrze nasze poczucie estetyki i smaku. W odpowiedzi na cały ten polityczny i ludzki bałagan wokół nas. Dlaczego nie?
Za każdym razem, kiedy wybierasz filiżankę na poranną kawę, pasek do spodni, bluzkę spośród wielu innych bluzek, kolczyki, kolor lakieru do paznokci, tworzysz siebie. Kiedy podajesz obiad, myjesz naczynia, wykonujesz swoją pracę zawodową, pomagasz dziecku w lekcjach, nakładasz ulubiony krem na twarz, wkładasz te tulipany do wazonu, mówisz światu- jestem wyjątkową kobietą. Łapmy te chwile i dzielmy się nimi. Opowiadajmy sobie o rzeczach pięknych i dobrych. Słowem, obrazem, muzyką, inspiracją.
Rano, kiedy spojrzysz w lustro, uśmiechnij się do siebie szeroko, albo subtelnie chociaż, jak wolisz. Być może będzie to jedyny szczery uśmiech, jakim zostaniesz obdarzona w tym dniu. Podziękuj sobie za to, kim jesteś, za to, jaką mądrą jesteś kobietą i rób swoje w przekonaniu, że to, co robisz tworzy fundament życia. Twojego i Twoich bliskich. Nawet, jeśli jest to obieranie ziemniaków, czy szorowanie wanny. Która z nas tego nie robi?

                                   Moje instagramowe kadry. Moja zabawa i dużo radości.








Dom posprzątany (jako tako), torby spakowane (prawie), babka wielkanocna upieczona. Resztę zrobimy już na Pomorzu. Mój wielkanocny kredens. Uwielbiam!




 Jutro zabieram moje dziewczyny i jedziemy do Rodziców. Olek dojedzie po dyżurach. Cieszę się na nasze wspólne świętowanie.

                                                           Pięknego czasu dla Was Kochani!
                                                                            Asia






poniedziałek, 3 kwietnia 2017

W poszukiwaniu stylu

Jestem taka, jaka jestem i to jest wspaniałe! Takie pozytywne zdanie przeczytałam gdzieś ostatnio i niesie mnie ono przez pierwsze wiosenne dni.
Zdarzają się nawet momenty, że niemal w 100% w to wierzę.

Nie zmienia to jednak faktu, że o tę moją wspaniałość, he he, staram się dbać i w kwestii doskonałej mej prezencji robić cokolwiek więcej niż mycie zębów i schludne przyczesanie włosów o poranku.

Ja wiem, że naturalne jest piękne, że najważniejsze jest wnętrze, że teraz to taka presja jest, żeby zawsze młodo, promiennie, fit i trendy, i nie można się temu tak bezmyślnie poddawać, no ale powiedzcie same, czy w za ciasnych spodniach, ześlizgujących się z pośladków rajstopach, niedopinającej się bluzce, albo obcierających butach można się komfortowo czuć i prowadzić ą, ę rozmowę na temat sytuacji geopolitycznej Polski na przykład?

Albo czy blada, zmęczona twarz, która już od dawna nie doświadczyła muśnięcia promieni słońca, odrobiny różu, czy serdecznego uśmiechu do siebie i dla siebie samej zerknie w lustro z radością?

Wyglądając tak, a nie inaczej opowiadamy innym o sobie. Nasze wybory ubrań, dodatków, zapachów, butów mówią o nas więcej niż nam się wydaje i w jakiś sposób nas definiują, określają. Prezentując nasz styl, prezentujemy siebie, naszą osobowość, zainteresowania, styl życia, upodobania. Dlatego ślepe podążanie za modą jest smutne, bo gdzie w tej pogoni jest osobowość, dojrzałość i charakter? Ale już dbanie o swój wygląd smutne nie jest.
Może być twórcze i ekscytujące. Szukanie swojej ścieżki, również w aspekcie wyglądu zewnętrznego może być naprawdę rozwijające i wspaniałe, tak myślę.
Nie warto podejmować wysiłku, żeby wyglądać, jak ktoś tam i próbować być jego kopią. Nawet jeśli ten ktoś bardzo nam imponuje swoim wyglądem i gustem.
 Szukajmy własnego stylu, zgodnego z naszym wnętrzem i bądźmy po prostu najlepszą wersją samych siebie.
Mody przemijają, styl pozostanie, mawiała ponoć Coco Chanel.
Jestem przekonana, że każda z nas może odkryć swój własny styl. Wymaga to trochę wysiłku, ale intuicja, jeśli tylko jej posłuchamy i podejmiemy wyzwanie, zaprowadzi nas we właściwe rejony mody. A wtedy bez kompleksów spojrzymy w lustro i zadamy pytanie, no, lustereczko,  powiedz przecie...



Wiosna w pełnym rozkwicie, nowa energia we mnie wstąpiła, zabrałam się zatem za szafę, styl, porządki i inne takie. Za jogę również. Płyta z Agnieszką Maciąg przeleżała całą zimę w folii, ale wraz z cieplejszym podmuchem wiatru doczekała się swoich, mam nadzieję nie tylko 5- ciu minut.


Szafa. Uporządkowana. Ubrania, nawet ładne i drogie, ale te, w których nie czułam się dobrze, znalazły sobie inne szafy. Zostały tylko te, które są najbardziej moje!
Kolorystycznie dosyć pastelowo. Błękity, pudrowy róż i nad wszystko ukochane szarości. Oto moje główne okrycia wierzchnie


Do tego dżinsy, spodnie granatowe, czarne i białe, kilka podkoszulek, jakieś 2 marynarki i w zasadzie jestem ubrana. Mam kilka ulubionych zestawów.
Im jestem starsza, tym łatwiej przychodzą mi właściwe wybory. Wiem, co lubię, czego nie i zakupowe porażki są raczej rzadkością. 
Na szczęście.
W kwestii dodatków i makijażu też bez szaleństw. Za to po mojemu.



Jedyna ekstrawagancja aktualnie to mocne usta. Taki makijażowy eksperyment. Próbuję się z bordowo- malinowym kolorem i jeszcze nie wiem. Muszę taka malinowa pochodzić trochę, żeby wiedzieć.


Dzisiaj z kartonu wyjęłam wreszcie mój ulubiony wiosenny płaszcz. Nie wiem, od kiedy go mam, ale wiem, że od bardzo dawna. Niezmiennie go wielbię, a on mnie chyba też, bo w ogóle się nie niszczy.


                                                         Takie tam kobiece gadżety...





Temat stylu, szafy, wyborów to temat rzeka. Bardzo chętnie popłynę jeszcze kiedyś z jej nurtem.
                                                        Tymczasem pozdrawiam
                                                                   Asia

poniedziałek, 27 marca 2017

Jestem nudna






Mamy przyjaciół, którzy mieszkają 30 km. za Poznaniem. 5 dzieci, oboje pracują zawodowo, dzieci wożą do szkół w Poznaniu, a grafik zajęć i kółek dodatkowych ich pociech wypełniony jest bardziej, niż jakikolwiek inny znany mi grafik.
Do tego wyjazdy weekendowe, wakacyjne, koncerty, imprezy urodzinowe, rocznicowe, spływy, atrakcje wszelakie, góry, no co tylko po prostu!
Z nieustającym podziwem i niedowierzaniem słucham opowieści życia ich siedmioosobowej rodziny. Umiejętności organizacyjne i logistyczne tych ludzi powalają i -przyznaję- są dla mnie nieosiągalne. Może dlatego, że nigdy nie byłam harcerką, a oni tak. I się wyuczyli, a ja nie, nie wiem.

Przez lata patrząc na nich wpadałam w głęboką dziurę wyrzutów sumienia względem moich dzieci, żalu, rozczarowania i pretensji do siebie, że my tak nie działamy, nie potrafimy, nie zapewniamy naszym dzieciom tylu i takich atrakcji, że oni są, byli, albo będą tam i siam, a my to tylko siam.
Ale im jestem starsza, tym bardziej płytka i nieważna zdaje się być ta dziura, a ja staram się być szczęśliwa z tym, co mamy i jak żyjemy.

Pewnie, że kilku wyjazdów czy atrakcji dla naszej rodziny bym chciała. Pewnie, że wkurzają mnie ograniczenia (finansowe, czasowe, zawodowe- głównie dyżury Olka i jego obowiązki jako szefa oddziału, czyli jak nikt nie może wziąć dyżuru, to musi móc Olek na przykład), ale prawdą jest, że ja to nie Agnieszka od tej piątki dzieci, ani żadna inna kobieta. Ona to ona. A ja to ja. I jestem właśnie taka, moje życie rodzinne wygląda właśnie tak, a nie inaczej, nasz czas rodzinny to nasz czas i spędzamy go w sposób, który jest jakimś kompromisem dla naszych możliwości i odmiennych potrzeb.

Nie chcę wyjść na jakąś zrzędliwą, zramociałą babę, która słowami "a za moich czasów" idealizuje swoją młodość i dowodzi, że kiedyś to było lepiej. Bo tak lepiej to wcale nie było.
 Ale ten rozbuchany pajdocentryzm, który panuje dzisiaj jest dla mnie jakimś totalnym nieporozumieniem.
Dzieci są absolutnym centrum i pępkiem świata. Muszą mieć wszystko. Dzieci się edukuje, kształci, rozwija, dzieciom się pokazuje, zapewnia, gwarantuje, nie odmawia, kupuje, dowozi, organizuje.
Milion kółek, możliwości na rozwijanie zainteresowań, pasji, dodatkowe zajęcia, języki, wyjazdy, szkolenia!
Czasami dzieci same chcą, czasami jest to pomysł na życie rodzinne ich rodziców. Różnie to bywa i tak naprawdę nie chcę oceniać cudzych wyborów. Zresztą ja też chcę dla moich dzieci rozwoju i kręcę się na tej wesołej karuzeli.
 Moje dwie córki są w szkole muzycznej i chóralnej, trzecia w gimnazjum dwujęzycznym szlifuje swój francuski, raz w tygodniu kółko plastyczne, od czasu do czasu jazda konna, korepetycje z fizyki w razie potrzeby- tak, ja też wspieram ten pajdocentryzm XXI wieku, żeby moim córkom zapewnić dobry start w dorosłe życie.

Ale.
Ale jak lwica bronię granic normalności i równowagi w tym wszystkim. Bronię też granic swoich własnych. Bo tak się składa, że ja też jestem ważna! Egoizm? Zdrowy, niezdrowy? Nie wiem. Wiem, czego potrzebuję i chcę o tym mówić moim najbliższym. Chcę być brana pod uwagę.
Pajdocentryzm stawiając dziecko w centrum, dostrzegając (słusznie) wrodzony potencjał i doskonałość każdego dziecka, jednocześnie nie docenia, a wręcz umniejsza rolę dorosłego- nauczyciela i społecznych uwarunkowań w wychowaniu i życiu młodego człowieka. To naukowy wywód, ale jakże aktualny dzisiaj, prawda?

I we mnie nie ma na to zgody. Nie chcę być li tylko organem wykonawczym i siłą roboczą w służbie moim dzieciom. Chcę budować naszą więź również poprzez nudne bycie w domu.

Jestem nudna. Ponieważ lubię w weekend nic nie musieć. Lubię sprzątać dom przy sobocie. Lubię, kiedy jest posprzątane, ugotowane, upieczone, wyprane i rozwieszone, pograbione w ogrodzie, film obejrzany, gazeta poczytana, z sąsiadami pogadane, w kominku napalone, po pokojach poszurane. Kwiaty w wazonie, świeży obrus na stole, pachnące ciasto dopiero co wyjęte z piekarnika. Lubię nawet mamo, nie mam co robić...
Nudy takie, że szkoda gadać.





Wiem, że nieustannie coś się dzieje na mieście. I poza miastem też. Kino, przedstawienia, wystawy, akcje, zawody, warsztaty. Dla każdego coś dobrego. Sztuką jest wybierać. Sztuką jest rezygnować bez żalu i decydować się na coś z prawdziwej potrzeby serca. Nie musi być zawsze, wszędzie i za wszelką cenę. Tak myślę. Tak chcę działać. Z miłością dla moich córek, ale również z miłością dla samej siebie. 

Być może kiedyś dziewczyny nam  zarzucą zbyt małą rodzinną aktywność. Być może będą miały pretensje i wystawią nam kiepską ocenę z rodzicielstwa. 
Ja też swego czasu byłam pełna żalu do rodziców. No bo jak tu doceniać dzieciństwo pełne wykopków, żniw, pracy w polu i wokół domu, żadnych wyjazdów chociażby do Bułgarii, brak porządnych szlifów języka angielskiego, nie mówiąc już o jakiejś szkole muzycznej czy czymś równie kłopotliwym dla dziecka z pięciotysięcznego miasteczka.

Nie było doskonale, wiem. Mogłabym więcej, lepiej, intensywniej, wiadomo. Paru umiejętności, których nie posiadłam jest mi żal, oczywiście, że tak. Ale wiem, że rodzice dali mi tyle, ile mogli, a ja rozwinęłam skrzydła na tyle, na ile się dało, wciąż mogę się rozwijać, jeśli tylko zechcę.
 Więź z moją siostrą budowałam głównie wyrywając chwasty, zbierając ziemniaki, podlewając ogórki o 5 rano, kłócąc się o bluzki, kryjąc się wzajemnie przed rodzicami, zwierzając się z pierwszych całowanych randek. I jest to dzisiaj silna więź i jedna z najważniejszych relacji w moim życiu. Rodzice dali mi najlepsze co mogli i są dla mnie ogromnym wsparciem. Chociaż nie wozili mnie na żadne zajęcia. 

Dobrego tygodnia dla Was Kochani!


 

piątek, 17 marca 2017

Tuż po maturze...


Tuż po maturze, czyli yhm, yhm, dawno temu, wyjechałam do Niemiec. Wymyśliłam sobie bowiem ucieczkę z naszej pomorskiej pipidówki, gdzie główną rozrywką dla młodzieży w sobotni wieczór była dyskoteka w Gminnym Ośrodku Kultury. Kultury to tam wielkiej nie było, ale co się wtedy wytańczyłam, to moje!
No ale uciekać chciałam, i to bardzo. Im dalej, tym lepiej.
Pojechałam jako Au- Pair do Frankfurtu nad Menem. Trafiłam do świetnej rodziny. On lekarz, ona psycholog, jedno półtoraroczne dziecko (potem urodziło im się jeszcze dwoje, ale to już nie za mojej kadencji), którym zajmowałam się popołudniami. Rano chodziłam do szkoły językowej i szlifowałam ich spreche Deutsch. Traktowali mnie jak członka rodziny, serio!
Dostawałam kieszonkowe, które w większości wydawałam na szkołę i podróże po Niemczech na najtańszy Wochenende Ticket. Plus jakieś dziewczyńskie duperele.
Z tamtego czasu, oprócz wspomnień i zanikającej, ale jednak, znajomości języka niemieckiego, mam jedną  pamiątkę.
Mianowicie niewielką książkę kucharską pt." Pizza & Co."
Dzielna taka, przetrwała moje rozliczne przeprowadzki, selekcje i inne tego typu zawieruchy.
Wykorzystuję z niej jeden przepis. Który zresztą znam na pamięć. Tak, zgadliście, to przepis na pizzę!
Włoska pizza z niemieckiej książki kucharskiej w naszym polskim domu pojawia się na stole bardzo często. Na obiad, albo na kolację. Z ulubionymi dodatkami. Pycha!
Myślę, że wiele z Was, jeśli nie wszystkie, ma swoje, wypróbowane receptury na domową pizzę. Mimo to bardzo chcę się z Wami podzielić moim. Wychodzi zawsze. Smakuje doskonale. Jest banalnie prosty i szybki.



Składniki zapisałam nawet po polsku, żeby moje dziewczyny w każdej chwili mogły zrobić ją same.


W razie, gdyby było mało czytelnie- proszę bardzo:

300 g mąki wsypać do miski. Dodać:
20 g świeżych drożdży
trochę cukru
sól
200 ml letniej wody
2 łyżki oliwy
Wymieszać mikserem- końcówki haki. Najpierw na najniższych obrotach, potem na najwyższych. Razem ok. 4-5 minut.
Ciasto przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia, który w naszym domu zależy od stopnia głodu oraz od tego, czy pali się w kominku, czy nie.
Blachę wykładam papierem do pieczenia i przekładam na nią wyrośnięte ciasto. Ręce posypuję mąką i formuję na blasze dosyć cienki placek. Na to sos pomidorowy (przecier Valfruty najczęściej), który doprawiam solą, czosnkiem i ziołami prowansalskimi, dodatki i żółty ser. I już!

Dzisiaj zrobiłam ciasto z podwójnej porcji, ponieważ dziewczyny miały koleżanki. A ponieważ wracały do domu o różnych porach, piekłam pizzę w dwóch turach i wyjątkowo- w okrągłych naczyniach na tartę.
Ciasta i tak mi trochę zostało, więc miałam również kolację!


Czarne oliwki, rozmaryn, bazylia i bardzo proszę- frittata jak malowana!




Zawsze, kiedy robię to ciasto na pizzę, wspominam mój pobyt w Niemczech i ludzi, których tam spotkałam. Chociaż przez chwilę, ale zawsze wtedy.
To był dobry czas. Usamodzielniłam się, dorosłam, zobaczyłam inny świat, wzięłam za siebie odpowiedzialność. Nauczyłam się o sobie i o świecie tyle, że ledwo to wtedy pomieściłam w tym moim 19-stoletnim życiu.
Po roku spędzonym we Frankfurcie, na dwa wakacyjne miesiące pojechałam do Worpswede, koło Bremy i zajmowałam się prababcią tego półtorarocznego chłopczyka z Frankfurtu. Żeby zarobić na studia. I to dopiero była jazda bez trzymanki.
Dom w lesie, a w tym domu ja i 96-cioletnia Eryka.
Każdej nocy Eryka wołała "Agata, hilfe" (myliła mnie z moją poprzedniczką), każdego popołudnia grałyśmy jakieś 3 godziny w karty, a o 21 zasłaniałam okna i oglądałyśmy jakiś niemiecki odpowiednik naszego "M jak miłość".
Po tych koszmarnych wakacjach wsadziłam zarobione marki w biustonosz i wróciłam do kraju. W pociągu relacji Brema- Poznań siedziałam w przedziale z chłopakiem, który mnie podrywał i co 5 minut psikał sobie do ust odświeżacz. Zaszpanować mi chciał, a ja myślałam, że zwymiotuję! Bałam się zasnąć, żeby mi nikt tych marek nie ukradł (he, he, ciekawe jak?)  i całą noc musiałam gadać z miętowym odświeżaczem. Ale o tym akurat myślę najmniej, kiedy piekę pizzę.

                                                    Do napisania Kochani!
                                                                Asia