wtorek, 20 czerwca 2017

Rodzinne strony






W tym roku mija 21 lat, odkąd mieszkam w Poznaniu. I dzisiaj mogę śmiało powiedzieć, że jest to moje miasto. Miasto, które znam, które otworzyło przede mną szeroko swoje wrota, oferując cały wachlarz różnorodnych możliwości. W Poznaniu rozwinęłam skrzydła, skończyłam studia, spotkałam najbliższych mi przyjaciół, poznałam męża, założyłam rodzinę, znalazłam dom. Utkałam przebogatą pajęczynę znajomych, bliskich i bardzo bliskich mi ludzi, oswojonych miejsc, wydeptałam i wyjeździłam poznańskie drogi i chodniki. Jestem tutejsza.
Zwykle, dokądkolwiek pójdę, spotykam kogoś znajomego. Poznań skurczył się dla mnie jakoś przez te lata i z metropolii, którą wydawał mi się kiedyś, z perspektywy mojego rodzinnego, zaledwie 7- miotysięcznego miasteczka na Pomorzu, stał się zwyczajnym grajdołkiem.
Lubię Poznań.
Ale męczy mnie to miasto z roku na rok coraz bardziej.
Im jestem starsza, tym mocniej i dotkliwiej tęsknię za życiem spokojnym. W ciszy i bez pośpiechu.
Proste życie.
Proste, zdrowe jedzenie.
Proste poniedziałki, wtorki i soboty.

Urodziłam się na Pomorzu. W Człuchowie dokładnie. Przez pierwszych kilka lat mojego życia mieszkaliśmy w małej wiosce. Małej, ale prężnie działającej. Była szkoła, ośrodek zdrowia, poczta i stołówka dla pracowników PGR- u. Bo była to wioska pegerowska. Mój tata był kierownikiem PGR-u a mama główną księgową. Po szkole i po pracy szliśmy do stołówki i krzyczeliśmy w dół stołówkowej windy:  mielone z buraczkami, albo leniwe z cukrem i śmietaną. Kuchnia przyjmowała, kuchnia wydawała. Proste.

Kiedy miałam 10 lat przeprowadziliśmy się do pobliskiego miasteczka, w którym wybudowaliśmy dom. Budowaliśmy go wszyscy. Rodzice, dziadkowie, wujkowie, znajomi, my, dzieciaki. Pamiętam, jak podlewałam pustaki, żeby nie wyschły, albo jak przez połowę wakacji szlifowałam deski na boazerię. Tata został w tym miasteczku ważną postacią. Był dyrektorem spółdzielni mieszkaniowej. Budował nowe bloki i zarządzał tymi, w których mieszkała większość moich koleżanek.
A kiedy zamykał za sobą dyrektorskie drzwi i wracał do domu, zabierał się do pracy.
Zawsze mieliśmy ziemię. Pole, a na nim ziemniaki, buraki, zboże, różnie. Zawsze też mieliśmy zwierzęta. Kury, przez krótki czas świnie (pomagałam nawet kiedyś oprosić się maciorze), nutrie.

Moi rodzice byli bardzo pracowici i gospodarni. U nas zawsze było coś do zrobienia. Żniwa, wykopki, noszenie drewna i węgla, plewienie, podlewanie. Kiedy byłam w wieku moich starszych córek, jeździłam po polu traktorem i zbierałam snopki siana.

Po pracy szliśmy do szkoły, tata znowu był dyrektorem, a mama księgową.

Rodzice kupili kiedyś 50 małych kurczaczków. Trochę dla nas, trochę dla babci i dziadka. Zamieszkały na pierwsze trzy tygodnie w naszej piwnicy, żeby się odchowały trochę. Kurczaki podrosły, wszyscy się cieszyli na jajka i rosoły.
Pewnego chłodnego dnia zamknęłam w piwnicy obok naszego psa. Mały był i niegroźny, kundelek taki. Nie chciałam, żeby zmarzł. Wszystkie możliwe drzwi pozamykałam i poszłam do szkoły.
Kundelek poradził sobie ze wszystkimi skobelkami i urządził sobie niezłą imprezkę. Zagryzł wszystkie kurczaki. Nasze i dziadków.

Tata wrócił z pracy, wręczył mi wielki wór i kazał wynosić kurczaki partiami do lasu. Dla lisów. Nosiłam ten wór całe popołudnie do lasu i z powrotem, a moje koleżanki siedziały na ławkach i lizały lizaki.

9 lat temu moi rodzice sprzedali nasz dom w małym miasteczku.
Wybudowali mniejszy we wsi oddalonej od miasteczka o 3 kilometry.






Mają piękny, duży ogród, staw pełen ryb tuż za bramą wejściową, łąki, pola i lasy za płotem. Wciąż pracują i ciągle coś robią, mimo, że są już na zasłużonych rentach i emeryturach.

Moja mama ma więcej energii niż ja. Warzyw i owoców do obróbki tyle, że słoiki zapraw na zimę można liczyć w setkach. Moi rodzice to ludzie pracy.

Kiedyś wściekałam się na te wszystkie żniwa i wykopki. Potem wstydziłam się mojego wiejskiego i rolniczego pochodzenia. Wyszłam za lekarza. Mój teść lekarz, teściowa też lekarz. A ja córka rolników.
 Dzisiaj wiem, że moje dzieciństwo i moja rodzina to mój ogromny zasób i bogactwo. Jestem wdzięczna moim rodzicom za miłość, bezpieczeństwo i przykład. Uczciwi, pracowici, silni, kochający, wrażliwi. Rodzina jako centrum wszechświata. Dzięki nim wiem, co w życiu jest najważniejsze.

Uwielbiam wieś. Szczególnie tę, w której stoi dom moich rodziców. Zawsze dla mnie i mojej rodziny szeroko otwarty. Obfity. W jedzenie, miłość, rozmowę, czas, wsparcie, bezpieczeństwo.
Dziękuję.

                                                        Do napisania Kochani.

8 komentarzy:

  1. Jakbym czytała o swoich Rodzicach! Tata po trzech udarach już tylko odpoczywa - chodzi powoli koło domu, czyta gazety, ogląda TV - we wrześniu kończy 80 lat. Całe życie przepracował solidnie - w szkole jako nauczyciel, dyrektor, po pracy w domu - ogródek, świnie, kury... Mama też ma więcej energii niż ja - ma 76 lat, a bez pracy wszystko ją boli - wystarczy, że pójdzie pogrzebać w swoich ukochanych kwiatkach i cud uzdrowienia się dzieje :)) Też [pracowała w szkole :) Ja nie wiem jak oni to robią, ale będąc ostatnio z Tatą na spacerze żalił się trochę, że już nie może pracować. Pytam: "Tatuś, a chciałoby ci się jeszcze?" - "Chciałoby" :)) Padam przed nimi na kolana!! <3 <3

    Asiu, cudowny wpis :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak jakoś to jest, że takie prace jakoś dodają energii.
    Zawsze jest coś do zrobienia, ale to bardzo cieszy i pozytywnie nastraja.
    Wieś jest piękna. Bez dwóch zdań.
    Ale Poznań w twoim opisie wydaje się być niesamowicie miłym miejscem.
    Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie to wszystko opisałaś i piękne ujęcia. Kocham wieś, wychowałam się na niej i najpiękniejsze z moich wspomnień to właśnie te związane z dzieciństwem na wsi. Pozdrawiam serdecznie. Kamila.

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudna Ty Moja... Dziękuję za przepiękną opowieść. Jest tak zmysłowa, że czuć w powietrzu dym pieczonych w ognisku ziemniaków...

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie napisałaś, bo nosisz to wszystko w sercu. Ja noszę tatę, którego zawsze interesowała zabawa i inne panie niż my z mamą, ale zawsze Pan Bóg czyni constans, więc dał mi cudownego dziadziusia :) Żebym była szczęśliwsza i nie narzekała dał mi też wiernego i czułego męża, więc troski muszę wymyślać sobie sama :) Ech, nie ma to jak Poznań... całusy :)

    OdpowiedzUsuń