piątek, 18 maja 2018

Na własnych nogach


Kilka miesięcy trwały rozmowy i przygotowania.
Pomysł był, pragnienie, żeby stworzyć coś takiego było, tylko ja sama potrzebowałam trochę więcej czasu.

NA WŁASNYCH NOGACH

To blok warsztatów dla kobiet.
O kobiecości, mądrości, pięknie, pasjach, bogactwie i wyjątkowości każdej z nas.
O odwadze do pokazywania światu tego, kim naprawdę jesteśmy. Jakie jesteśmy.
O wartości spotkania w kobiecej przestrzeni i dzielenia się osobistymi historiami, doświadczeniami.
O żegnaniu starych, osłabiających i ograniczających naszą pełnię przekonań na swój temat.
O stawaniu na silnych, własnych nogach, pomimo trudnych doświadczeń, czasami dzięki nim...
O dojrzewaniu do zmian. I odważnym puszczaniu tego, co przemija i odchodzi...

Jak gruszka.
Gruszka nie zastanawia się czy ma spaść, kiedy jest dojrzała i pełna soku. Po prostu puszcza bezpieczną gałąź i spada. Czasami się obije, czasami spadnie na miękką trawę, ale nie zastanawia się, czy warto.
Spada. 
Kiedy stawiamy opór zmianom, które muszą się zadziać dla naszego rozwoju i dobra, kiedy oporujemy przed cyklem życia, cierpimy.

Angelika Alithi napisała, że kobieta bez innych kobiet jest całkowicie zgubiona. A kiedy uciekamy od innych kobiet, to tak, jakbyśmy tłukły lustra.
Bo w historiach innych kobiet możemy się przeglądać jak w lustrach. I widzieć siebie. Doskonałe i niedoskonałe. Silne i słabe, odważne i wystraszone.

Przygotowałam te warsztaty. Prowadzę te warsztaty. I z serca zapraszam Was na nie.
Moje autorskie Warsztaty.
 Zapraszam Was też na Facebooka i do polubienia tam mojej strony o takiej właśnie nazwie.Na własnych nogach To będzie duże wsparcie dla mnie.

                                                           Asia





piątek, 11 maja 2018

W maju


Są takie dni w naszym życiu, które zapisują się w naszej pamięci na zawsze. Mam na myśli nie tylko te, które pamiętamy z oczywistych względów, czyli dzień ślubu, daty narodzin naszych dzieci, urodziny czy inne ważne wydarzenia.

Są takie dni i daty, które zapamiętujemy, bo coś w naszym życiu zmieniły. Bo przyniosły doświadczenia dla nas ważne i zmieniające bieg naszego życia.

10 maja. Sześć lat temu.

Odkryłam zdradę. I wszystko się zmieniło. Gruchnęło, roztrzaskało się, pękło. Serce pękło.
Wtedy, 10 maja weszłam na nową ścieżkę. Krzaczastą, wyboistą, zarośniętą chaszczami, mroczną. Poraniona szłam do przodu, bo wiedziałam, że na jej końcu jest łąka, która będzie początkiem nowej drogi...

10 maja. Wczoraj

Złożyłam pozew rozwodowy. Jeszcze nie wiem, czy to już łąka, czy jeszcze wciąż ta ścieżka krzaczasta. Ale widzę światło. Dużo światła. Jest jasno, przejrzyście, pachnąco i kwieciście. Podoba mi się tu.

Piszę o tym wszystkim do Was, ale też do siebie samej. Jak się tak wygadam, wypiszę od razu mi lepiej. Taka autoterapia, korzystam z tego, bo dlaczego by nie?

Pisanie zawsze było moją terapią. Potrzebą, lekarstwem. Tak jest i teraz.
 Postanowiłam napisać książkę. Nie wiem, może do szuflady, może do zaprezentowania na blogu, może wyślę to kiedyś do jakiegoś wydawnictwa. Zobaczy się. Dzisiaj przedstawiam Wam jej początek. Dajcie mi proszę znać, jak się to czyta. Jesteście moimi najważniejszymi odbiorcami.

                                                                   BEZ TYTUŁU


Zdrada boli.
Jak diabli. Jak cholera.
 Jak rana zadana znienacka, prosto w serce, albo plecy. 
Nożem z ząbkami po obu stronach. Boli i krwawi. Czasami tak bardzo, że wolałabyś umrzeć, niż przez najbliższą choćby godzinę znosić ten ból. Cierpieć męki, o których myślisz, że nigdy się nie skończą. Wydaje Ci się, że ta rana będzie jątrzyć , a to jątrzenie już nigdy, po prostu nigdy nie ustanie i nie pozwoli znowu cieszyć się życiem.
Więc po co żyć? I co to za życie w ogóle? Do dupy takie. Z tą raną głęboką, bez dna właściwie.

Nie ma chyba trudniejszego doświadczenia w relacji, w związku, w małżeństwie, niż zdrada. Kiedy kochamy, dajemy część siebie, swojego życia, uczucia, obdarzamy zaufaniem, otwieramy swoje serce, a dostajemy upokorzenie, odrzucenie, oszustwa, zdeptanie. 

Tak piszą mądrzy tego świata. Tak opowiadają zdradzone i zdradzeni. Tak czuję również ja.

W moim ponad szesnastoletnim małżeństwie nie przeżyłam niczego bardziej  bolesnego niż zdrada. Pierwsza zdrada. Bo kiedy mój mąż zdradził mnie po raz drugi, byłam już w zupełnie innym miejscu. Bolało. Oczywiście, że tak. Ale nawet na moment nie zahaczyłam wtedy o wyspę o nazwie po co żyć, co to za życie i wolę umrzeć.
Za pierwszym razem długo nie mogłam  tej wyspy opuścić. Dawała mi wtedy jakiś rodzaj schronienia. Przed koniecznością konfrontacji ze światem, w którym żyli szczęśliwi ludzie. Ze światem, w którym dla mnie, jak sądziłam, nie ma już miejsca.
Cierpiałam.
Wyłam w samochodzie, bo tylko tam nikt mnie nie słyszał, tak przeraźliwie, że sama się tych odgłosów bałam. Jak zarzynane zwierzę. Krzyczałam, darłam się z rozpaczy i bólu. Z niedowierzania i upokorzenia. Z tęsknoty za czasem sprzed zdrady, który wydawał mi się bezbrzeżnie szczęśliwy. Choć nie był…
Wciąż tkwiłam na tej wyspie. Nie wskoczyłam do wody, żeby zakończyć te cierpienia ze względu na dzieci. Jak pewnie tysiące, albo nawet miliony kobiet przede mną. I zapewne wiele, bardzo wiele po mnie. Trzeba było żyć. Jakoś przeżyć każdy kolejny dzień, najlepiej bez wina czy papierosa trzymanego w trzęsącej się ręce, bo przecież jednak te dzieci…są, patrzą, martwią się, tracą grunt pod nogami.
Ja też straciłam.
Wszystko.
Wszystko, co zbudowałam, w co wierzyłam, czemu ufałam.
 Straciłam to, co było w moim życiu najważniejsze. Fundament.
 Po prostu pękło, rozpadło się, pogruchotało, zostały tylko zgliszcza. Miałam poczucie, jakby ktoś zabrał, ukradł moje dotychczasowe życie, w zamian dając mi jakieś nędzne ochłapy ludzkiego egzystowania na tym łez padole.
Bolało mnie wszystko. Serce, dusza, włosy, paznokcie, całe ciało. Bolał mnie pępek.
  Straciłam bezpowrotnie to, co moim pępkiem świata było, więc jak mogło nie boleć, prawda?
Moja obolała dusza nie mogła wtedy jeszcze przyjąć prawdy, że kiedyś, na pewno, będzie nowy pępek świata. A tym bardziej, że wszystko się zmieni i uleczy, kiedy tym pępkiem świata uczynię siebie i moje życie. Po prostu.
Przez pierwszy rok płakałam codziennie. Wyłam codziennie. Rozpaczliwie, żałośnie, rozdzierająco. Na świat patrzyłam przez szybę tej mojej rozpaczy.
 Funkcjonowałam jak automat do zadań zwyczajnych. Zawieź, ugotuj, posprzątaj, pogadaj, pośpij, przytul córki, umyj zęby, obetnij paznokcie, kup dżinsy, załatw dentystę, idź na wywiadówkę…
Dawałam radę. Jakoś. Nie było innego wyjścia. 

Kiedy słyszałam od koleżanek, szczęśliwych mężatek, że to, co mnie spotkało jest takie straszne, że one to sobie tego po prostu nie wyobrażają, że one to by umarły, że ich ojcowie to chyba by zabili tych swoich niewiernych zięciów, to naprawdę umierałam po kawałku.
Wasi ojcowie, drogie koleżanki, nie zabiliby waszych mężów, wy wcale byście nie umarły, bo to tak nie działa po prostu, a wyobrażać sobie takich wydarzeń nie ma sensu.
 Jeśli się wydarzają, to są.

I ty, właśnie ty,  stajesz się ich główną bohaterką, chociaż nigdy nie poszłaś na casting.
 Świat na zewnątrz toczy się swoim stałym rytmem, ludzie się uśmiechają, chodzą trzymając się za ręce,  życie się samo toczy i żyje, a ty się temu nie możesz nadziwić. No bo jak to tak? Twojego świata już nie ma, a wszystko wkoło wygląda tak, jakby nic się nie zmieniło. 
Rola zdradzonej żony jest trudna. Różne kobiety różnie ją odgrywają, różnie sobie radzą z wymaganiami reżysera. Opowiem wam o tym, jak poradziłam sobie ja. Opowiem wam o sobie, bo jestem jedną z was. I ta opowieść jest o każdej z nas. Wszystkie tutaj jesteśmy. 

                          


wtorek, 27 marca 2018

U mnie czasami wiosna


Jestem.
Po długaśnej przerwie "technicznej".
Wciąż jestem.

Musiałam się trochę wyłączyć, poskładać, złapać kilka głębszych oddechów, rozejrzeć dookoła, pobadać nowy ląd. I wylądować na tym nowym, nieznanym mi dotąd terytorium. Umościć się trochę.

To nowe to oczywiście życie po rozstaniu. Bycie kobietą rozwodzącą się, bycie matką trzech dorastających córek, których rodzice się właśnie rozwodzą to nie jest bułka z masłem, o nie...

Ale.
O dziwo. O bardzo wielkie dziwo, jest dobrze.

Nie ma rozpaczy, nie ma przygniatającego smutku, nie ma już wszechogarniającego lęku o przyszłość.

Jest dobrze po prostu.
Mam mądre córki. Oczywiście, raz jest łatwiej, raz trudniej, emocje najróżniejsze pojawiają się w najmniej oczekiwanych momentach, wciąż zdarzają się trudniejsze dni, ale jesteśmy w tym bardzo razem.
Rozmawiamy. Staramy się. Jesteśmy bliżej, niż chyba kiedykolwiek wcześniej, tworzymy bardzo zgrany team. Kobiecy, dziewczyński team w babim domu. Pełen wsparcia i miłości. W tym niefajnym dla nas czasie doświadczamy fajnych zdarzeń i spotkań.

A ja?
Ja mam zgodę na to, co się dzieje. Niezależnie od wszystkiego wiem, że moje bycie z moim mężem było już po prostu niemożliwe. Że od dłuższego już czasu żyliśmy w martwym związku. Bez relacji. W ogóle bardzo BEZ.

Powoli zamykam te drzwi. Czasami jeszcze skrzypią i jęczą, czasami przytrzasnę sobie palce, czasami powstrzymuję się przed domknięciem, czasami trzaskam nimi z hukiem. Wszystko przyjmuję, niczemu się nie dziwię i wiem. Mam tę pewność, że kiedy je ostatecznie zamknę, otworzą się jakieś nowe. Jakieś okienko, lufcik, drzwi na cudny taras może...

Życie żyje się samo.
Oddycha się samo.
Trawi się samo.

Spróbuj nie oddychać, spróbuj nie trawić, spróbuj sprawić, żeby nie rosły Ci paznokcie...

Życie żyje się samo. Płynie, zmienia się, stawia przed kolejnymi doświadczeniami. I ja je przyjmuję.

Jestem bardzo ciekawa co kryje się za nowymi drzwiami i oknami. Jeszcze bardzo nieśmiało, jeszcze z lękiem i dystansem, ale powoli zaczynam zerkać w stronę tego nowego.

Pamiętam o tym, że (uwaga, będzie dosadnie) na gównie rosną piękne kwiatki. A nasze
                                                        życie bywa usrane różami 

                        Dziękuję za słowa wsparcia. Dziękuję. Brak mi słów po prostu! Wracam do Was.

                                                                Wasza Asia
                                         



niedziela, 14 stycznia 2018

Mapa życia



Byłam dzisiaj z Gabrysią w Galerii Malta po okulary dla niej.
Mnóstwo ludzi, hałas, śmiech, kolory...Wesołe życie galerii handlowej.
Wśród tego rozgardiaszu młoda kobieta, a właściwie młoda rodzina. Mąż, dwoje małych dzieci i ona. Ładnie ubrana, uśmiechnięta, za rękę trzymała może trzyletnią córeczkę. Ona, ta kobieta, była bardzo ładna i łysa. Z łysiną nieprzykrytą chustką, czy czapką. Łysa zapewne po chemii. Ludzie po chemii tak charakterystycznie wyglądają.

Wstrzymałam oddech na chwilę.
Z czym mierzy się ta kobieta w zaciszu swojego domu?
Śpiewa czy płacze pod prysznicem? Głupie pytanie.
Co czuje i o czym myśli patrząc na swoje małe dzieci i swoją łysą głowę w lustrze?

Z czym mierzysz się dzisiaj Ty?
Z czym ja?

Jak wygląda życie, prawdziwe życie mijanych przez nas ludzi. Ile z małżeństw, które widzimy, czy znamy jest prawdziwie partnerskich i szczęśliwych. I co jest prawdą? Na ile jesteśmy gotowi. by tę prawdę dostrzec?

Spokorniałam na chwilę. Podziękowałam za zdrowie. Za trzy córki. Mądre, piękne, silne. Za siebie taką, jaka jestem. Za siłę, którą każdego dnia odnajduję, by stawiać czoła, za siebie i za córki, doświadczeniu, które stało się naszym udziałem. By unieść naszą prawdę .

Moją prawdą dzisiaj jest rozstanie. Po prawie szesnastu latach małżeństwa. Rozpada się nasza rodzina, by poskładać się na nowo, inaczej. To doświadczenie graniczne. Stawiające pod ścianą. Budzę się codziennie ze ściśniętym żołądkiem, niepokojem w brzuchu i nie śpiewam teraz pod prysznicem...

Ale trwam i wierzę, że to dla nas, dla mnie i dla dziewczyn, w ogólnym rozrachunku, będzie dobre.

Nie chcę rozpisywać się zbytnio o naszej relacji, o problemach, które mieliśmy, a które przyczyniły się do rozstania i wchodzić w jakieś psychologiczne analizy przypadku. Chociaż czynię to nieustannie na swój własny użytek. Nie chcę też jednak zostawiać tej historii takiej otwartej i nieopowiedzianej. W dużym skrócie zatem.

Zdrada numer 1 sześć lat temu zmiotła mnie prawie z powierzchni. Rozpacz. Ledwo przeżyłam.
Podniosłam się, dałam szansę, zaufałam, zdjęłam różowe okulary.
Zdrada numer 2 teraz, właśnie zmiata nasze małżeństwo.

Wtedy zaufałam, teraz nie chcę nawet próbować. Nie chcę.
 Nie chcę, żeby ktoś mnie tak traktował i żeby patrzyły na to moje córki, które kiedyś też będą w związkach. Chcę, żeby wiedziały, że kiedy mężczyzna nas rani, krzywdzi, oszukuje, okłamuje, wykorzystuje nasze ufające serca, nie radzi sobie ze swoimi problemami i słabościami, musimy zatroszczyć się o siebie i odejść. Albo jak mówi moja przyjaciółka- pogonić dziada!

Mój mąż od wielu lat większość czasu spędza w szpitalu. Od zawsze miał średnio 20 dyżurów w miesiącu. Czasami plus, rzadziej minus. To daje, na 15 lat małżeństwa, około 10 lat poza domem. Moje życie małżeńskie to po prostu wielka, ogromna samotność. Z którą coraz trudniej mi było szczęśliwie żyć.

Dosyć na teraz. Chyba więcej już nie chcę o tym teraz pisać.

Układamy się z moimi dziewczynami na nowo. Wsparcie, które otrzymujemy jest po prostu tak ogromne, że nie mieszczę już prawie mojej wdzięczności w sercu!!!
Telefony, odwiedziny, mejle, listy, wspólne spędzanie czasu, na początku też noce spędzane z nami na rozmowach, przytuleniach i herbatach ziołowych. Troska.

 Jedno Twoje słowo i jestem- słyszałam w słuchawce i zaraz ktoś na sygnale przyjeżdżał, żeby posiedzieć ze mną przez pół nocy.

Doświadczam i odkrywam, że ludzie mnie kochają. Dla tak wielu osób jestem ważna! Nasza ulubiona sąsiadka, pani profesor- polonistka przychodzi, żeby rozmawiać do nocy z dziewczynami. I jakie to są piękne, mądre rozmowy! Wychodząc, przytula mnie jak matka i mówi- jestem z Ciebie, Asiu, taka dumna!

Moje przyjaciółki. Kobiety. Otaczają mnie i dziewczyny największą troską i miłością. Rozpływam się.

W ostatni piątek spotkałyśmy się my 3 i nasze dzieci. Znamy się z akademika. Łączą nas studenckie, podróżnicze i macierzyńskie wspomnienia. Ponad 20 lat.

Wariatki.







Ewa, z dredami. Szalona polonistka, właśnie wydaje kolejną książkę. 7 lat mieszkała na Zanzibarze. Bardzo za nią tęskniłam. Jej syn Kajtek to przyjaciel moich starszych córek z dzieciństwa. Razem się wychowywali.
Monika, ciemnowłosa polonistka z doktoratem, szkoli teraz studentów w mowie ojczystej. Jej syn Marcin to równolatek i kumpel Marysi.

Spotkaliśmy się na kolorowym strychu Ewy. Gadaliśmy, graliśmy w grę "Palce w pralce", jedliśmy pyszne jedzenie i tworzyliśmy mapy życia.









Jeszcze kilka zdjęć kolorowego poddasza Ewy i Kajtka





Dziękuję. Za wszystko, co się dzieje w moim życiu. Za wszystkich ludzi, którzy mnie otaczają. Moje życie płynie po drogach wyboistych aktualnie, ale na mapie są też inne. Mam nadzieję, że wkrótce skręcę w te właściwe.

 P.S Za wszystkie wspierające komentarze pod ostatnim postem ogromnie, przeogromnie dziękuję. Odpisałam na wszystkie, wybaczcie, że dopiero teraz. Kochani, jesteście cudowni!

                                                                           Asia

niedziela, 17 grudnia 2017

Życiowy zakręt

Miło mi, że zaglądacie.
Jeszcze milej, że prosicie o nowe posty.
Czas piękny, ozdoby, dekoracje, rodzinne klimaty.

A u mnie zakręt.
Taki, że momentami nie wyrabiam, choć mocno trzymam kierownicę i kurs.
Może kiedyś o nim więcej, póki co napiszę tylko, że rozstaję się z moim mężem.

Staje się to nagle, choć od dłuższego czasu do tego zmierzaliśmy.

Proszę o cierpliwość. Babi dom za chwilę odżyje. Tak. Nasz prawdziwy babi dom.
Trzymajcie za mnie kciuki, proszę.

Asia

czwartek, 30 listopada 2017

Ważne


Piszę o tym często, ale napiszę jeszcze raz. Bo to strasznie ważne dla mnie jest.
Jestem wzruszona, poruszona, szczęśliwie zadziwiona, kiedy czytam Wasze komentarze z prośbą o kolejne posty. I że to, o czym piszę i co pokazuję jest dla kogoś ważne i wartościowe. A pokazuję przecież nie tylko mój dom, ale również to, co w sercu i duszy.
Wychodzę tu do Was czasami z głębokości moich refleksji i się nimi dzielę.
Poniekąd się obnażam i intymnie dzielę się sobą.

Niektórzy z Was wolą wpisy wnętrzarskie. Inni lubią mnie poczytać i czują się zainspirowani, czasami bardzo wdzięczni, że o czymś im przypomniałam.
Każdy komentarz jest istotny i ważny. Nie jestem w stanie, co oczywiste, spełnić oczekiwań każdego.
Niemniej jednak zastanawiam się czasami, jaki ten mój blog ma być.
Czy pokazywać tu raczej przemeblowania, odnawiane meble i dekoracje, czy może częściej pisać o życiu po prostu.

Póki co wpisy powstają spontanicznie. Czasem bardziej ja, innym razem dom, a jeszcze innym przepis na jakiś smakołyk.

Jeśli to możliwe, napiszcie proszę, co lubicie w babim domu. To dla mnie niezwykle istotne wskazówki do przemyślenia, więc będę bardzo wdzięczna.

W blogosferze i na Instagramie ruszył już sezon świąteczny. Ja jeszcze trochę się wzbraniam, żeby intensywniej się potem tą cudną atmosferą cieszyć. Rzadko bywam w galeriach, więc plus jest taki, że nie bywam rozdrażniona przedświątecznym atakiem na  moje zmysły. Dla mnie wszystkiego jest tam za dużo i zdecydowanie za wcześnie!
A minusem jest to, że nie mam jeszcze ani jednego prezentu. A Wy? Macie???

Do domu przyniosłam jedynie małe światełka i często je zapalam. Trochę jako zapowiedź.





No tak, muzyczka świąteczna w sumie też czasami snuje się po domu...


I niezawodne umilacze na listopadowe ciemności i pochmurności. Kwiaty. Zawsze!




Jest coś jeszcze, co zawsze poprawia mi humor.


Zakupiłam kilka nowych ramek na grafiki i zdjęcia. Szukam inspiracji i pomysłów. Głównie pod kątem korytarza, w którym zaszły znaczące zmiany i chciałabym je Wam wkrótce pokazać. Tylko jeszcze te ramki muszę zapełnić. Tymczasem przeglądając albumy, znalazłam takie swoje zdjęcie. Bardzo lubię siebie na nim. Taka jestem tajemnicza i podoba mi się ta tajemniczość.
Dlaczego tylko zdjęcia dzieci wieszamy na ścianach?
A my? To co?

Zagościłam w salonie...


                                                  Serdeczności posyłam do Was.
                                                 I całe mnóstwo dobrych myśli!

                                                                 Asia

wtorek, 21 listopada 2017

Dieta BEZ

Kiedy byłam dzieckiem, część wakacji spędzałam u moich dziadków na pomorskiej wsi Łąkie.
W Łąkach był tylko jeden sklep spożywczy, w którym chleb (w dzień wcześniej zamówionej i odliczonej ilości) pojawiał się o godzinie 11 każdego dnia.
Babcia Marianna brała siatkę na zakupy, mnie, siostrę, kuzynki z Rzeszowa, jeśli akurat były i wędrowałyśmy przez wieś po ten chleb. Czasami było tego kilka bochenków.
Jeszcze ciepły, świeżuchny, z chrupiącą skórką. Zwyczajny taki.
W domu babcia kroiła grube pajdy, smarowała masłem, śmietaną i posypywała cukrem. Albo bez śmietany i cukru, za to z ogórkiem i pomidorem z dziadkowych krzaków. Boszszszsz...Jak to smakowało!

Nikt wtedy nie słyszał o razowych czy żytnich na prawdziwym zakwasie, nie kręcił nosem osłabiony nadmiarem i różnorodnością chlebowej oferty. Nie mówiąc już o jakimś tam kosmicznym glutenie. I że lepiej go nie jeść w niektórych przypadkach. Ja na pewno nie byłam tym przypadkiem. Jadłam wszystko, nawet maliny z robalami i potrawkę z lebiody autorstwa babci i nic mi nie szkodziło.

A teraz szkodzi.
A przynajmniej nie służy. A już na pewno w większych ilościach nie służy. Od kilku dni jestem na diecie BEZ i czuję się lepiej.
Jeszcze trochę mnie wystrasza ta bezglutenowa perspektywa, bo ja od ponad roku jestem również na diecie BEZ laktozy. Laktoza to dopiero dawała mi się we znaki! Nie zamierzam sobie robić kuku smacznym jogurtem, o nie!

Zwalam całą winę na tarczycę. Jej niedoczynność jest, jak piszą we wszystkich mądrych książkach, mocno powiązana z nietolerancją właśnie laktozy i glutenu. Podobno warto też zrezygnować z cukru, soi, ograniczyć spożycie jajek i roślin psiankowatych, czyli między innymi moich ukochanych pomidorów. Płakać mi się chce!

Nie będę wariować, to znaczy nie przerzucę się na li tylko jaglaną z dynią, ale przyglądam się temu dietetycznemu szaleństwu.

A zatem zdarza mi się upiec bezglutenowy chleb. Uwielbiamy go wszyscy i schodzi cały na jednym posiedzeniu. Przepis znalazłam w jednej z moich licznych, kulinarnych ksiąg. Które pasjami przeglądam i się inspiruję.


Przepis z tych prostszych i zawsze się udających. Znalazłam go w książce Grażyny Bober- Bruin "Pysznie bez glutenu".
I ten chleb dokładnie taki jest. I pyszny, i bez glutenu.


 
                                                                         PRZEPIS

130 g mąki gryczanej
260 g ulubionej mąki bezglutenowej (dzisiaj dałam gotową mieszankę bezglutenową, z Piotra i Pawła)
120 g ziaren słonecznika, pestek dyni i orzeszków piniowych (u mnie bez orzeszków)
1 i 3/4 łyżeczki soli
1 łyżeczka drożdży w proszku
360 ml wody

1. W misce wymieszać mąki z solą, drożdżami, słonecznikiem, pestkami dyni, wlać wodę i zmiksować mikserem na gładką masę (użyłam do tego końcówek- haków)

2. Miskę z ciastem przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na noc

3. Następnego dnia nagrzać piekarnik do temp. 220 i na pół godziny wstawić do niego żeliwny garnek, czy inne naczynie, w którym będzie pieczony chleb

4. Po tym czasie wyjąć garnek, dno oprószyć mąką i wlać masę chlebową. Przykryć pokrywką

5. Wstawić chleb do piekarnika na pół godziny

6. Po tym czasie zdjąć pokrywkę i już bez przykrycia piec przez ok. 15 minut

7. GOTOWE

                                                                Smacznego i do napisania
                                                                            Asia