niedziela, 14 lutego 2016

Walentynki? Bardzo proszę!


Obierałam właśnie ugotowane wczoraj buraki na dzisiejszy, niedzielny obiad. I tak się jakoś przy tych buraczkach rozkminiłam.

Bo zaczęłam rozmyślać o Was, wszystkich cudownych blogerkach, których pracę i działania podpatruję, których zaangażowanie podziwiam i zachwycam się tym, że Wam wszystkim, moje drogie, po prostu SIĘ CHCE!

Pomyślałam o kobietach, które do mnie i do innych blogerek zaglądają, żeby znaleźć inspirację, pomysł, wesprzeć miłym komentarzem, albo zwyczajnie pooglądać dla samych siebie. Ponieważ mają takie chęci i już.

Kobiety, jesteście, jesteśmy niezwykłe!
Przecież każda z nas jest obciążona mnóstwem obowiązków. Praca, dzieci, dom. To tylko słowa, ale przecież my doskonale wiemy, ile elementów składa się na wypełnienie tych słów treścią. I jest to treść naszego życia.

Sprzątamy, pierzemy, obieramy buraki, wozimy, przytulamy, dzielimy się na setki części, same wiecie...
Czasami padamy ze zmęczenia. A jednak wciąż nam się chce!

Szlifować, malować, przycinać, szyć, zmieniać, przyklejać, oj, długo można by wymieniać. Żyć pięknie i radośnie nam się chce! I za to Was wszystkie podziwiam.


Trzymam kciuki za każdą z Was. Każdej życzę spełnienia! Także w naszej wspólnej blogosferze.
Dla Was wielkie walentynkowe serce ode mnie. Bardzo Was szanuję i doceniam dziewczyny!
Buźka

Asia

środa, 10 lutego 2016

Tekstylia moje ukochane


Uwielbiam materiały! Nigdy obojętnie nie przejdę obok sklepu typy bławatek, bez chociażby rzucenia okiem na wystawę.

Kiedy tylko czas mi na to pozwala, zaglądam do ogromnej i przebogatej w swojej ofercie hurtowni materiałów w Swarzędzu i zwykle jakiś piękny kawałek materiału do domu przywożę.

Że o lumpeksach nie wspomnę. Można tam trafić na prawdziwe cudeńka. Mój ukochany, lniany, beżowy obrus mam właśnie z lumpeksu!

A w prawdziwym raju jestem, kiedy jadę do mojej siostry do Francji. Wskakuję wtedy w metro, które zawozi mnie na Montparnasse i radośnie maszeruję pod górkę, by za moment buszować po niezliczonej ilości sklepach i wielkich halach wypełnionych najróżniejszymi materiałami.

Wierzcie mi, to prawdziwy raj, gwarantujący oczopląs i pusty portfel...Nie kupuję dużo, ale zawsze jakieś pamiątki sobie przywiozę. Wolę to, niż bagietki i croissanty!


Moje ukochane błękity, które właśnie wyjęłam z szafy, z zamiarem przerobienia ich na zasłony i poduszki, pochodzą w większości stamtąd...





 Chomikuję te wszystkie skrawki i skraweczki i jestem pewna, że kiedyś się przydadzą. Że już niebawem coś z nich uszyję.



Póki co poczułam ogromną potrzebę delikatnej zmiany kolorystycznej w salonie. Nie rzucę się z pędzlem na ściany  (choć nie powiem, kuszą mnie szarości i szare błękity, ale nie chcę denerwować męża), ale beżowe zasłony ustąpią miejsca lżejszym, niebieskim. Muszę tylko wyjąć maszynę i znaleźć chwilkę... Co dzisiaj nie będzie łatwe, ponieważ Mania ma jutro jakieś odpytywanie z kształcenia słuchu i obiecałam jej pomóc z solfeżem. Ot, uroki szkoły muzycznej!


Póki co, zawiesiłam w pokoju Cecylki krótką zasłonkę uszytą kiedyś, kiedyś. Materiał z francuskiego raju! Piękny jest, prawda?


                                               A poza tym, wiosna idzie! Czuję to!

                                                                 Pozdrawiam ciepło!
                                                                            Asia

poniedziałek, 8 lutego 2016

Strefa moich nastolatek

Każda z nas, dorosłych kobiet, była kiedyś nastolatką i założę się, że wszystkie, a na pewno większość z nas marzyła o własnym lokum.
Mogło być ciasne, ale żeby koniecznie było własne.

Bo przecież nawet najukochańsza siostra (a która jest najukochańsza w wieku nastoletnim?), że nie wspomnę już o (szczególnie) młodszym bracie,  denerwuje, przeszkadza i zabiera intymną przestrzeń. No więc własny pokój był i wciąż jest marzeniem i potrzebą dorastających, młodych ludzi.

Szczęśliwie udało nam się trzy takie ciasne, ale własne pokoje stworzyć. I to stworzyć dosłownie, ponieważ wyjściowo do użytku naszej trójki były dwa pokoje, ale z jednego z nich zrobiliśmy dwa mniejsze. Były dwa okna, były dwa kaloryfery, no więc wystarczyło postawić ściankę działową.

Zyskaliśmy przy okazji maleńki korytarzyk, w którym stanęła komoda, stareńka nasza, porysowana przez dawno temu małoletnie dzieci, a odnowiona przeze mnie oczywiście. 





Mebel niezwykle praktyczny i pojemny. Miliony chust, szalików, czapek w różnych kolorach i innych niezbędnych dziewczyńskich przydasiów jest dzięki licznym szufladom jakoś tam okiełznanych... 

Z korytarzyka można zajrzeć do jednej córki








                                                     I do drugiej też...







Bardzo lubię tapetę rowerową w pokoju Gabrysi. Sama wybrała, sama też wymyśliła przemeblowanie. Ponieważ jeszcze do niedawna łóżko stało pod oknem i wydawało się, że jakiekolwiek zmiany są niemożliwe, ze względu na metraż. Gabi ma bowiem najmniejszy pokój. Ale udało się i jest bardzo przytulnie.

Kiedyś moje starsze córki miały wspólny pokój, wypełniony przede wszystkim zabawkami. Teraz zabawki są już tylko u najmłodszej Mani, a duże dziewczyny swoje pokoje wypełniają drobiazgami i rzeczami, które w oczywisty sposób świadczą o wieku ich mieszkańca...




                                                       A ja czasami sobie podglądam



Pozdrawiam
Asia


środa, 3 lutego 2016

Sentymentalnie...

Im jestem starsza, tym częściej myślę o moich babciach, dziadkach, dopytuję ciocie i rodziców o moich przodków. Wspominam smaki, zapachy, miejsca, dziecięce przeżycia związane z nimi. I tęskno mi do tej radosnej beztroski.

Wspomnienia chowam w sercu, dzieląc się nimi z moimi córkami. To wspaniałe bogactwo dla nich, całe to ciepło i miłość, które dostałam i które przekazuję dalej.

Moi dziadkowie, zarówno ze strony mamy, jak i taty pochodzą spod Kazimierza nad Wisłą. Po wojnie, szukając lepszego życia, przybyli na ziemie odzyskane, na Pomorze. Ja jestem już Pomorzanką.

Ale przez całe moje dzieciństwo przewijały się opowieści o kazimierskich ziemiach utraconych, o miejscach, sadach, wydarzeniach.
Kilka lat temu po raz pierwszy tam pojechałam. I zakochałam się w tamtych miejscach! Za każdym razem kiedy tam jestem, czuję wielkie szczęście, wzruszenie i radochę po prostu!


Tak, jestem tam bardzo szczęśliwa. W okolicach Kazimierza, na szeroko pojętej ziemi lubelskiej pozostało i wciąż mieszka wielu członków mojej rodziny, ale to zapoznawanie ich wszystkich jest jeszcze przede mną. Póki co, będąc w Kazimierzu, pomieszkujemy w niezwykłym pensjonacie, tuż przy ryneczku.


Odpoczywam tam bardzo...


Olek, mój mąż i nasze dziewczyny też lubią Kazimierz, chociaż chyba nie czują aż takiej euforii, jak ich matka.
     

Olka wujek, zapalony genealog, w swoich wieloletnich archiwalnych, i nie tylko, poszukiwaniach, doszedł do roku bodajże 1700. Mistrz!

No i uchylił mi rąbka tajemnicy, jak szukać i gdzie szperać, żeby stworzyć swój osobisty wachlarz przodków

 

I pochłonęło mnie to. Czasu mam niewiele, zdecydowanie mniej, niż wujek z odchowanymi dawno dziećmi, ale kiedy tylko mogę zamieniam się w rodzinnego tropiciela przeszłości i rozbudowuję moje drzewko. 
W jednej linii dotarłam już do siódmego pokolenia. Czyli poznałam imiona mojej praprapraprababki i takiegoż dziadka.


Wspomniany wujek organizuje wielkie zjazdy rodzinne, wydał też dwie książki, pełne niezwykłych zdjęć.

Na górnym zdjęciu, ta mała stojąca dziewczynka, to moja teściowa, za nią, w białej koszuli jej matka, a obok matka tej matki. Można się pogubić. Powiem tylko, że dla moich dziewczyn to niesamowita pamiątka, ponieważ mają fotografię swojej babci, prababci i praprababci.

W takich właśnie bywam klimatach. Pasjonujące to bardzo!

A z Kazimierza przywiozłam sobie taką oto moją osobistą pamiątkę.

 
 
 Dobrego dnia!
Asia

wtorek, 2 lutego 2016

Zapełniam

Mój kredens jeszcze nie gotowy, a ja już ustawiam, przestawiam, zapełniam...
I cieszę się tym, jak dziecko!

Każdego dnia, choć na chwilę, ubieram robocze ciuchy, biorę pędzel do ręki i dopieszczam mebel, ale codzienność nieustannie woła, zmusza do innych działań, nie cierpi zwłoki i się domaga...
Zwykle bywam niecierpliwa, tym razem jednak, ku mojemu zdziwieniu, cieszę się powolnością procesu odnawiania. Ciekawe.

Ferie się skończyły, dziewczyny ruszyły do szkół, a ja ustawiam zdobyczne skorupy- jak to o wszelkich naczyniach mówi mój mąż. Bo nabyłam co nieco, a tak!
Pisałam już o wielkiej hali we wsi tuż obok wsi moich rodziców. Zawsze coś tam wyszperam. Za grosze.
Przywiozłam, umyłam i natychmiast zabałaganiłam komodę


Najbardziej cieszą mnie piękne filiżanki


Bardzo delikatna, cieniutka porcelana. Cudowne!






















Również delikatne i subtelne. Moje ulubione połączenie kolorystyczne...



Znalazłam też talerz w tych kolorach, niestety tylko jeden, ale myślę, że wypełniony dobrymi ciastkami będzie się ładnie prezentował na stole


A żeby nie być gołosłowną, mówiąc o wydanych groszach, to bardzo proszę, 8 zł zapłaciłam za zestaw trzech miseczek z talerzykami. W sam raz na poranną owsiankę dla moich dziewczyn, lub ciepłą zupę po szkole



Lubię takie zakupy!


Z zapełnieniem komody nie będę miała raczej problemów, jak widać... 

Tyle drobiazgów i mnóstwo radości. Patrzę i cieszę oko. A herbata pita z takich filiżanek jak smakuje?!

Idę zatem do kuchni, zaparzę imbirówkę i napijemy się z mężem rocznicowej herbaty, bo dziś, właśnie dziś obchodzimy 14 rocznicę ślubu. Minęło nam nie wiem  kiedy doprawdy!

Pozdrawiam.
Asia

wtorek, 26 stycznia 2016

Historia pewnego kredensu

Święta dawno minęły, Nowy Rok w galopie, a na blogu cicho sza...
W babim domu oczywiście wręcz przeciwnie, ani cicho, ani sza.
Codzienność płynie wartkim strumieniem i tydzień temu przycumowaliśmy do portu ferie zimowe.
Wspaniale!
Trochę lenistwa w domu, trochę podróży, dobrze nam!

Wróciliśmy właśnie z podróży do Kazimierza. O kazimierskich sentymentach w następnym poście, ponieważ bardzo jestem tymi sentymentami rozemocjonowana...


A teraz tytułowy kredens.

Wiele lat temu przyjaciółka mojej mamy wymieniała meble kuchenne i z tej okazji staliśmy się posiadaczami starego, sosnowego kredensu. Stanął w naszym pierwszym małżeńskim mieszkaniu i zależnie od potrzeb przechowywał...wszystko chyba!
Lubiłam go bardzo, chociaż od samego początku planowałam coś z nim zrobić. Było to jednak bliżej niezidentyfikowane coś.

Kredens razem z nami przeprowadził się też do dużego domu, który potem sprzedaliśmy, a który, zanim sprzedaliśmy, wynajmowaliśmy młodemu mężczyźnie, który lekko dom (i kredens) zdemolował. Życie!

Ostatecznie kredens w stanie opłakanym trafił do piwnicy naszego aktualnego, docelowego domu, i prosił o atencję.

I mimo że naprawdę nie wiedziałam, gdzie go postawić, a raczej gdzie go upchnąć, zawiozłam go do męża przyjaciółki Elizy, który to mąż oczyścił mebel z warstw niechlujnie położonych przez lokatora farb, wypolerował, uzupełnił i oddał mi kredens przygotowany do moich dalszych obróbek.

I w końcu stało się!
Przytachaliśmy kredens do salonu, wyrzuciwszy wcześniej regały z książkami na korytarz, gdzie do dnia dzisiejszego zalegają, ale nic to!
Mam kredens!


Chwalę się nim, chociaż wciąż jeszcze czeka na remont. Trochę już go odmalowałam, jego górną część i szuflady, ale skończyła mi się farba, więc czekam na dostawę. Po przyniesieniu do salonu wyglądał tak:


Oczywiście są drzwiczki, które trzeba pomalować i oddać do szklarza, są, a raczej nie ma gałek, które muszę kupić, ale takie powolne szykowanie mebelka ma swój ogromny urok, a czekanie na efekt końcowy jest bardzo radosne.


Komoda w salonie zmusiła i zainspirowała nas do małego przemeblowania. Jak już wspomniałam, wynieśliśmy regały z książkami. Było mniej więcej tak:





 Teraz stół znalazł się pod oknem i zrobiła się dzięki temu większa przestrzeń



























                                                 Przestawiliśmy też sofę. Tak było:


A tak jest. Lepiej?


A jutro ruszamy na Pomorze, odwiedzimy moich rodziców. Ja planuję też oczywiście wypad na starocie do sąsiedniej wsi. Może coś pięknego upoluję!


Tymczasem pozdrawiam
Dobrego dnia
Asia